Pewnie każdy potrafi sobie wyobrazić, jak czuje się sportowiec u szczytu kariery. Mnóstwo propozycji dotyczących sponsorów, zaproszenia na gale, a także całe stosy listów od fanów. Mogę zapewnić, że takie życie, choć ciężkie, jest bardzo przyjemne. Pamiętam, jakby to wszystko działo się wczoraj. Każdy wygrany mecz, każde zdobyte mistrzostwo, ale i każdą porażkę.
Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata. Siatkówka była moim życiem. Zawsze z uśmiechem chodziłam na treningi starannie wykonując wszystkie ćwiczenia. Jako kapitan czułam się odpowiedzialna za nastrój panujący w mojej drużynie. Pracowałyśmy ciężko, a cel był jeden - czwarte z kolei mistrzostwo Polski. Odkąd ja i moja koleżanka Katarzyna Halman dołączyłyśmy do gdańskiego klubu, zaczął on zajmować najwyższe stopnie podium. Stąd też obie byłyśmy najbardziej rozchwytywanymi siatkarkami. Po jakimś czasie jednak Kasia odpuściła. Nie przykładała się do treningów, natomiast ja wkładałam w nie całe serce. Gdy wygrałyśmy mistrzostwa zostałam wybrana do reprezentacji Polski.
Pozycja naszego kraju w porównaniu do poprzedniego sezonu bardzo się podniosła. Okrzyknięto mnie odkryciem roku. Z sezonu na sezon moja siła rosła. Zdobywałam coraz więcej nagród dla najlepszego zawodnika. Ale przejdźmy do rzeczy.
Do finału mistrzostw zostały zaledwie dwa tygodnie. Ćwiczyłyśmy i ćwiczyłyśmy nie dając sobie odpoczynku. Czwarte złoto - to by było coś! Po drodze miałyśmy jeszcze kilka meczy do rozegrania, w tym jeden z naszym największym rywalem - Bydgoszczą. Pamiętam dobrze te tłumy kibiców próbujących wepchnąć się na swoje miejsce. Gra była niesamowita! Zacięta i ostra walka tylko dodawała nam mocy. Angelika Ostrowska - kapitan bydgoskiej drużyny zaatakowała wyjątkowo ostro. Piłka leciała prosto na mnie. Skoczyłam do bloku. Udało mi się obronić, mało tego - zdobyłam punkt! W locie jednak zderzyłam się z Kasią, która również chciała zablokować piłkę. Stanęłam na ziemi ledwo łapiąc równowagę. Usłyszałam cichy trzask. Spróbowałam zrobić krok. Wywołało to tylko ogromny ból. Wszystko zrobiło się ciemne. Nie mam pojęcia co stało się potem. Następną rzeczą, którą zobaczyłam był biały fartuch. Mężczyzna w niego odziany uśmiechnął się na mój widok. Spojrzał do jakiejś karty.
- Pani Alicja Iwanowicz? - spytał dla upewnienia.
Kiwnęłam potakująco głową. Rozejrzałam się dookoła.
- Znajduje się pani w szpitalu, ja jestem lekarzem. Ale proszę nie wstawać! Dopiero co miała pani operację.
Operację!? Ta wiadomość mną wstrząsnęła. Powoli zaczęłam sobie wszystko przypominać. Chciałam poruszyć nogą, bez skutku. Lekarz zauważył strach na mojej twarzy.
- Podczas meczu doznała pani kontuzji, która okazała się być naprawdę poważna - wyjaśnił - musieliśmy od razu operować.
- Kiedy będę mogła wrócić do treningów? - zadałam wreszcie pytanie bojąc się odpowiedzi.
Mężczyzna westchnął.
- Niestety, bardzo mi przykro, ale nie wróci pani już do pełnej sprawności. Będzie pani mogła chodzić, jednak noga może czasem przeszkadzać. Doszło do urazu kręgosłupa, a przy treningach pani stan mógłby się pogorszyć.
Nie mogłam pojąć tego co mówi do mnie lekarz. Siedziałam jak osłupiała układając sobie to wszystko w głowie. Mężczyzna wyszedł i po chwili do pokoju wpadli moi rodzice.
- Alusia, jak się czujesz? - zapytała mama głaszcząc mnie po policzku.
Nie wytrzymałam, wybuchnęłam płaczem. Mój świat się zawalił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz