piątek, 18 października 2013

Rozdział 7 "Chwile grozy i przyjemności"

       Jak udało mi się dowiedzieć brat Dodzi najzwyczajniej w świecie się zakochał. Poznał jakąś piękną dziewczynę, a Dorota była o nią zazdrosna.
- Ciągle tylko "moja dama" i "moja dama"! Nie ma już nawet czasu by pograć ze mną w siatkę, bo pisze do niej listy miłosne - skarżyła się - a najlepsze jest to, że nie pamięta, albo i nie zna jej adresu!
- Ale i tak ty jesteś dla niego ważniejsza - tłumaczyłam wtedy starając się ją zrozumieć.
     - Bycie trenerem nie polega jedynie na przygotowywaniu zawodników do meczu - trzeba stać się ich przyjacielem, słuchać, pomagać, być z nimi na dobre i złe - rzekł Andrzej, gdy opowiedziałam mu całą historię. Miał rację. Podczas treningów był dla nas ostry, ale wyrozumiały. Zawsze pomagał nam w trudnych chwilach posyłając podnoszące na duchu słowa, lub po prostu wysłuchując naszych żali. Był dla nas jak taki drugi ojciec.
     Nadszedł dzień nocowiska. Razem z dziewczynami oraz moim "treningowym tatą" umówiliśmy się na godzinę osiemnastą w hali. W zasadzie planowałam typowo "babski" wieczór, ale Andrzej stwierdził iż, zacytuję: "sama nie ogarnę tych siatkarskich szympansów". Tak więc musiał zostać z nami. 
     Z samego rana udałam się jeszcze do supermarketu by kupić jedzenie na wieczór. Pakowałam właśnie słodycze do koszyka, kiedy ktoś nagle stuknął mnie w ramię. Przestraszona podskoczyłam, upuszczając ciastka.
- Co za przypadek, znów się spotykamy!
To był Dawid, ten ze sklepu sportowego.
- O, dzień dobry - odparłam - Zawsze tak straszysz ludzi?
- Tylko tych, na których mi zależy - mrugnął okiem, po czym schylił się i podał mi ciastka, które zrzuciłam.
-A pamiętasz, że otrzymałaś zaproszenie na kawę? Wtedy odpowiedź brzmiała "może". Jak będzie teraz?
A od kiedy jesteśmy  "na ty"?- cisnęło mi się na usta, jednak nie chciałam być niemiła.
- Bardzo chętnie - odrzekłam, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że właśnie umówiłam się na randkę.
- W takim razie naprawdę mi miło - chłopak złapał mnie za rękę i poszliśmy do małej kawiarenki za rogiem.
Zamówiłam dużą latte, on natomiast czarne espresso.
- Jesteś inna niż reszta siatkarek - podsumował po godzinie rozmowy o wszystkim i o niczym.
- Mam to uznać za komplement?
-Och przepraszam! - Dawid najwyraźniej pomyślał, że mogłam poczuć się urażona - miałem na myśli twoje podejście do ludzi. Nie zadzierasz nosa, jak te z obecnej reprezentacji. Poprosić je tylko o autograf - od razu wyskakują z tekstami typu "dajcie mi wreszcie normalnie żyć", jakby nie wiadomo kim były.
Nie chciało mi się wierzyć, że moje koleżanki mogłyby zrobić coś takiego, jednak z drugiej strony czemu ten chłopak miałby kłamać. Zerknęłam na zegarek. Właśnie wybiła jedenasta.
- Muszę już iść - powiedziałam wyjmując portfel.
- Nie, nie! - Dawid schował go z powrotem do torby- ja zapłacę.
Próbowałam protestować, lecz w końcu dałam za wygraną.
- A mogę jeszcze cię o coś poprosić?- spytał przy wyjściu. Kiwnęłam głową.
- Dasz mi swój numer telefonu? - wyciągnął komórkę i zapisał dyktowane przeze mnie cyfry. Podziękował, po czym pożegnaliśmy się. To spotkanie wprawiło mnie w wyjątkowo dobry humor.
                                    *               *               *
        O osiemnastej wszyscy spotkaliśmy się przed halą. Całą grupą weszliśmy do środka. Zaczęliśmy od rozłożenia śpiworów, później Basia zaproponowała mecz. Gra przyniosła nam wiele śmiechu. Wymyślaliśmy coraz to dziwniejsze techniki odbić oraz zagrywki. Drużyna po lewej stronie przegrywała, więc dołączył do niej Andrzej. Wtedy ta po prawej stwierdziła, że to nie fair. Mężczyzna zaserwował. Piłka leciała prosto w środek boiska, a żadna z zawodniczek nie wiedziała co zrobić. Bez zastanowienia wpadłam pomiędzy dziewczyny i w ostatniej chwili odebrałam piłkę. Wykonałyśmy szybką akcję zdobywając punkt.
- Masz zamiar grać? - spytał Andrzej z niedowierzaniem.
- A co, strach cię obleciał? Szykuj się na porażkę, stary! - zaśmiałam się.
     Czułam się jak ryba w wodzie. Zdałam sobie sprawę jak bardzo mi tego brakowało. Niestety, w jednej chwili to piękne uczucie zamieniło się w koszmar. Podczas ataku poczułam okropny ból w plecach. Czym prędzej zeszłam z boiska i usiadłam na ziemi. Dziewczynki stanęły dookoła. Słyszałam ich przerażone głosy, jednak widziałam tylko kontury sylwetek. Obraz powoli mi się rozmazywał. Nagle ktoś szturchnął mnie w bok.
- Napij się - rzekł Andrzej.
Po omacku dosięgnęłam butelki. Wystarczyło zaledwie kilka łyków żebym znów mogła ujrzeć wystraszone twarze siatkarek i nie mniej zdenerwowanego Andrzeja.
- Dobrze już? - zapytał.
- Tak...chyba tak - odparłam odgarniając grzywkę z oczu.
- Może lepiej daj sobie spokój. Co ci doktor powiedział?
Spojrzałam na niego ze skruszoną miną.
- Że mam nie grać...
- Nie możesz?!- Wiktoria zdusiła krzyk.
Dorota uderzyła dłonią w czoło i złapała małą za ramiona.
- Nie oglądałaś mistrzostw rok temu?
- Oglądałam! - Wika tupnęła nogą ze wściekłą minką.
- A gazety czytałaś? Przecież Ala uszkodziła sobie kręgosłup. Przy czymś takim uprawianie sportu nie jest wskazane - to ostatnie zdanie wymówiła głosem doświadczonego lekarza po przynajmniej dwudziestu latach pracy. Poczułam się zawstydzona. Zrobiłam coś bardzo nieodpowiedzialnego. 
     Resztę meczu dziewczyny rozegrały same. Ja w tym czasie z pomocą Andrzeja próbowałam przydzielić im funkcje.
- Magdę na atak - zaproponował Andrzej.
-Nie, lepiej na rozegranie - powiedziałam.
- Ale Agnieszka jest dokładniejsza.
- Ja ją widzę na przyjęciu. Magda to rozgrywająca - stwierdziłam - postanowione.
- Jak uważasz - odparł Andrzej - a co zrobisz z Mają?
- Szkoda, że nie ma czegoś takiego jak "specjalista od medytacji" - mruknęłam pod nosem - może środek?
- Niezła myśl!
Po kilkunastu minutach burzliwych dyskusji udało nam się dojść do porozumienia w sprawie każdej dziewczynki.
- Słuchajcie - przerwałam mecz - mamy już dla was pozycje.
W tej chwili dla siatkarek nie liczyła się już gra.Usiadły dookoła mnie, co jakiś czas szepcząc coś sobie wzajemnie do ucha.
- Na rozegranie postawimy Magdę - oznajmiłam - Julia i Dodzia będą atakować, Basia oraz Agnieszka przyjmować, a Zosia i Maja staną na środku.
Wtedy na sali dało się usłyszeć jedynie okrzyki radości.
- A ja kim będę? - wysoki głosik pisnął gdzieś w pobliżu mnie.
- Matko jeszcze Wiktoria! - wyrwało mi się.
Zerknęłam zdenerwowanym wzrokiem na Andrzeja, który również nie wyglądał spokojnie. Pociągnął mnie za rękaw i szepnął:
- Co teraz?
Zamyśliłam się przez chwilę. Nagle mnie olśniło.
- A u młodziczek jest libero? - spytałam z nadzieją.
- Przepisy się ciągle zmieniają, ale teraz chyba powinna być- odparł Andrzej gładząc brodę. Dopiero wtedy zrozumiał o co mi chodziło.
- Jesteś genialna! - krzyknął.
   Wróciłam do zniecierpliwionej Wiktorii i powiedziałam:
- Dostałaś bardzo ważne zadanie, a mianowicie będziesz naszą libero.
Dziewczynka zrobiła śmieszną minę, jakby próbowała sobie coś przypomnieć.
- Libero nie serwuje, co nie?
- Nie i pod siatką też nie stoi.
- Czyli nie będę musiała serwować? - spytała jeszcze raz dla upewnienia.
Rozwiałam jej obawy.
- Jak ja cię lubię - rzekła rzucając mi się na szyję.
_______________________________________________
W związku z małymi problemami technicznymi tydzień temu, wrzuciłam dziś dwa rozdziały.
Enjoy! ;)


Rozdział 6 "Trener nie tylko trenuje"

    -Noc w naszej hali?! Genialne! - krzyknęłam z wielkim entuzjazmem.
Andrzej spojrzał na mnie podnosząc brwi.
- Jesteś szalona, wiesz? - zaśmiał się.
- O co chodzi? Nauczyciele organizują dla uczniów nocowiska, czyli noce w szkole, więc dlaczego ja nie mogę zrobić tego dla moich siatkarek?
     Według mnie był to pomysł wprost wyśmienity. Miałam zamiar zostać razem z dziewczynkami na jedną noc w hali treningowej. Świetna okazja żeby się lepiej poznać.
- Zgódź się, proszę, proszę! - pisnęłam niczym nastolatka błagająca o pozwolenie na wyjście do kina późnym wieczorem.
- Nie mam nic przeciwko. Pamiętaj tylko, że masz dwa tygodnie na przygotowanie młodziczek do zawodów - odparł Andrzej.
Przybiliśmy sobie "żółwika" na znak umowy.
- Ale najpierw musisz uzupełnić sprzęt. Kilka piłek się przedziurawiło. W "Volley Superstar" są takie dobrej jakości - dodał po chwili.
      Następnego dnia rano, tak jak obiecałam, udałam się do sklepu siatkarskiego "Volley Superstar".
Zanurkowałam pomiędzy regałami szukając piłek. Po kilku minutach błądzenia w dziale ze sprzętem namierzyłam cel. Zaczęłam oglądać piłki leżące na górnej półce. Wybrałam najtwardszą i uderzyłam nią o podłogę.
- Całkiem niezła - stwierdziłam sama do siebie.
- Dobry wybór. Widzę, że zna się pani na rzeczy - usłyszałam ciepły, przyjazny głos za plecami.
Odwróciłam się i zobaczyłam wysokiego blondyna. Od razu mój wzrok przykuły jego błękitne oczy, przypominające morską głębię. Naprawdę nigdy nie widziałam tak pięknych oczu.
- Ja nie mogę! Alicja Iwanowicz! - chłopak wydał cichy okrzyk spoglądając na moją twarz.
- Miło cię poznać - powiedziałam. Poczułam, że się rumienię.
- Jestem Dawid. To wielki zaszczyt gościć mistrzynię Polski w naszym sklepie - Dawid skłonił się przede mną, co wprawiło mnie w zakłopotanie. 
Zaprowadził mnie do kasy, gdzie zapłaciłam za piłki.
- A co taka sławna siatkarka powiedziałaby, gdyby pewien pracownik sklepu "Volley Superstar" zaprosił ją na kawę? - zapytał podając mi paragon. 
- Może by się zgodziła - odparłam. Rumieńce znów powróciły.
    Kiedy wyszłam ze sklepu zobaczyłam, że na paragonie napisał numer telefonu.
"Co za podrywacz" pomyślałam, ale mimo to schowałam papierek do torebki.
                              
                                            ~po weekendzie~
    
Termin nocowiska ustaliliśmy na pojutrze. Dziewczynom bardzo spodobał się ten pomysł. No, może nie wszystkim. Po skończonej rozmowie, gdy udałyśmy się na halę, Dorota wcale nie przejawiała ochoty na wykonywanie ćwiczeń. Jej nastawienie zmieniło się podczas końcowego meczu. Całą swoją złość wyładowywała na piłce, o mały włos nie zabijając przy tym przeciwnej drużyny.
- Nie no, ja tak nie gram! Niech ona się wreszcie uspokoi! - zaprotestowała wreszcie Magda. Zyskała poparcie koleżanek.
- Co jest, Dodźka? -spytałam po treningu - Chodzi o to nocowisko?
Dziewczyna odgarnęła rude włosy z twarzy i rozejrzała się, sprawdzając czy nikogo innego nie ma na hali.
- Nie, o sprawy rodzinne - odparła - a mianowicie o mojego głupiego brata.
W tym momencie z całej siły kopnęła piłkę. Wiedziałam, że moim obowiązkiem jest pomóc Dorocie, jednak prawdę mówiąc nie podobało mi się to. "W końcu jestem trenerką, a nie psychologiem" próbowałam usprawiedliwić się sama przed sobą.  Chciałam już odejść, ale coś nakazywało mi zostać. Więź pomiędzy nami była już zbyt duża. Przez chwilę walczyłam z myślami, po czym zapytałam:
- Chcesz porozmawiać?

piątek, 4 października 2013

Rozdział 5 "Sytuacje kryzysowe"

    Kiedy po męczącym dniu nareszcie dotarłam do domu, wykończona od razu położyłam się spać. W nocy jednak zbudził mnie dziwny sen, mało powiedziane - koszmar.
    Byłam na zawodach, prawdopodobnie mistrzostwach z moją dawną drużyną. Znajdowałyśmy się centralnie przed siatką. Wszystkie miałyśmy w ręku piłkę. Przeciwniczki czekały aż któraś w końcu zaatakuje, jednak żadna się do tego nie paliła. Podjęłam wyzwanie trafiając w sam środek boiska. Dziewczyny nie zareagowały. Występowałyśmy jako drużyna, ale grałyśmy osobno. Poczułam się nieswojo.
- Nie wygramy jeśli nie będziemy współpracować - powiedziałam do koleżanek stojących obok.
Lecz one przeszyły mnie tylko wzrokiem, jakbym powiedziała coś dziwnego. Jakbym była odmieńcem.
- Teraz współpraca już nikogo nie obchodzi. Każdy chce zabłysnąć, więc nie patrzy na innych - usłyszałam głos Kasi, a po chwili zauważyłam jej szczupłą sylwetkę wyłaniającą się zza grupki innych zawodniczek. Zatrzymała się pół metra przede mną i przyszykowała się do przyjęcia. Piłka jednak zamiast spaść na jej ręce uderzyła mnie w głowę. Wtedy się obudziłam. Spojrzałam na zegarek.
    "Mamy już piątek" - pomyślałam -"dzisiaj jeszcze trening, a potem dwa dni wolnego".
Co prawda na hali miałam się zjawić dopiero o szesnastej, ale mimo wszystko nie mogłam doczekać się już weekendu. Nigdy nie sądziłam, że praca trenera okaże się aż tak trudna.
   Wyciągnęłam rękę w stronę szafki nocnej i chwyciłam szklankę z wodą. Zaczęłam się wtedy zastanawiać skąd dziewczynki, pomimo długiego siedzenia w szkole mają energię na wyczerpujące, popołudniowe zajęcia. Czyżby ich zamiłowanie do siatkówki potrafiło przezwyciężyć nawet zmęczenie?
W zasadzie w moim przypadku właśnie tak było. Żaden powód (łącznie z chorobą) nie wydawał mi się na tyle ważny żeby zrezygnować z treningu. Zerknęłam ponownie na zegarek.
"Trzeba iść dalej spać jeśli mam być przytomna na zajęciach" stwierdziłam kładąc się z powrotem do łóżka.
                                                               *        *        *
- Wiem już jaki macie problem - oznajmiłam z dumą po rozgrzewce.
- Co niektórzy na pewno z psychiką - warknęła Agnieszka.
Znowu pokłóciła się z Julką, dlatego tego dnia też biegały karne kółka.
- Zamknijcie się wreszcie! - krzyknęła Dorota - te wasze sprzeczki doprowadzają mnie do szału!
Dziewczyny zamilkły.
- Dzięki Dodzia! - mrugnęłam do niej okiem - Chciałam wam tylko powiedzieć, że jest pewna umiejętność, której jeszcze nie opanowałyście, a która bardzo wzmocniłaby waszą grę. To współpraca. Zauważyłam, że chociaż stoicie po tej samej stronie boiska każda myśli tylko o sobie. A podczas meczu musicie się zjednoczyć.
      Mój koszmar senny pomógł mi przypadkiem odkryć źródło błędów młodych siatkarek.
- I co masz zamiar z tym zrobić? - spytała Magda.
- Nie wiem, ale coś wymyślę - odparłam - przez następne kilka zajęć będę was bacznie obserwować, by w końcu przydzielić wam funkcje w drużynie.
Ta wiadomość okazała się być dla dziewczyn na prawdę ekscytująca. Podczas meczu wszystkie moje uwagi brały sobie mocno do serca.
- Punkt dla drużyny po lewej- ogłosiłam gdy piłka spadła koło Wiktorii, której nie udało się odbić.
- Wika, nie rycz - westchnęła Dorota.
   Mała zakryła sobie twarz rękoma, jakby myślała, że wtedy nikt nie zobaczy jej łez. Powoli zaczynałam rozumieć o czym mówił Mariusz. Dziewczynka najwyraźniej ciężko znosiła porażki.
"Zwykłe pocieszenie na niewiele się tu zda. Nie zrobię z niej siatkarki jeśli przy każdym błędzie lub nieudanej akcji będzie płakać" pomyślałam.
- Dobra, robimy przerwę - zarządziłam - Wiktoria, ty zostań.
Dziewczyny poszły do szatni się napić, ja w tym czasie zaczęłam rozmowę z najmniejszą z nich.
- Słuchaj Wikunia, wiem, że czasem nie jest łatwo opanować emocje, ale musisz się starać być silna - powiedziałam schylając się do niej - nie możesz płakać zawsze gdy coś ci nie wyjdzie.
- Czyli nie będę niepokonaną siatkarką jeśli nie nauczę się nie płakać? - do oczu dziewczynki znów napłynęły łzy.
  Nie mam pojęcia czy to przez tę nieszczęśliwą minkę, strumienie łez czy też czterokrotne użycie słowa "nie" w krótkim zdaniu, poczułam nagle ogromny smutek. Zrobiło mi się naprawdę żal tego dziecka.
- Mam pomysł! - złapałam ją za nadgarstki - Umówimy się tak, że chociaż spróbujesz podchodzić do gry bardziej "na luzie". Przecież najważniejsza jest dobra zabawa. A płaczemy tylko w sytuacjach kryzysowych, zgoda?
- Zgoda - odparła Wiktoria.
  Trzeba przyznać, że przez następne treningi spisywała się niesamowicie. Choć było jej ciężko powstrzymywała łzy i grała dalej.
      Aż któregoś dnia po zajęciach zobaczyłam ją w szatni całą zapłakaną. Gdy mnie zauważyła próbowała ukryć twarz, jednak wcale tego od niej nie oczekiwałam.
- Jestem z ciebie dumna, wiesz? - powiedziałam siadając obok.
- Naprawdę? - Wiktoria podniosła głowę dość zaskoczona - przecież nie dałam rady. Dalej jestem beksa.
- Nie jesteś żadna beksa! Mówię ci, z czasem ci się uda. Wszystko małymi kroczkami - klepnęłam ją po przyjacielsku w ramię - i tak robisz postępy.
  Usłyszałyśmy kościelne dzwony.
- Już osiemnasta. Piętnaście minut temu skończył się trening. Gdzie są twoi rodzice? -spytałam
- Pewnie mama znowu musiała zostać dłużej w pracy - zamyśliła się - może pani zamknąć halę, usiądę przed wejściem.
- Nie ma mowy, poczekam z tobą- zaoponowałam - i nie zapominaj, że jestem Ala, a nie "pani".
Dziewczynka uśmiechnęła się. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma piegi. I to takie mocno widoczne.
     Nagle drzwi do szatni otworzyły się i do środka weszła wysoka kobieta ubrana w marynarkę.
- Wika, idź szybko do samochodu - powiedziała od razu.
 Mała pożegnała się ze mną i pognała w stronę wyjścia. Po chwili widać było tylko długi, blond kucyk bujający się wesoło to w lewo, to w prawo..
 - Dziękuję pani bardzo - kobieta zwróciła się do mnie - dziękuję za to, że uwierzyła pani w moją córkę.
- Ależ nie ma za co - odparłam lekko zawstydzona - Wiktoria ma talent, musi tylko poznać własne możliwości.
Mama Wiktorii wyszła na chwilę na korytarz żeby upewnić się czy dziewczynka nie podsłuchuje.
- Jest pani jej idolką. W pokoju ma pełno plakatów z reprezentacją, oczywiście tylko tam gdzie jest pani. Z poprzednim trenerem Wiktoria nie mogła się porozumieć. Z panią, pani Alicjo to zupełnie inna sytuacja.
   Nie przypuszczałam nigdy, że mogę stać się czyjąś idolką. A tym bardziej nie sądziłam, że moją fanką, jeśli można to tak nazwać, będzie jedna z tych małych siatkarek.
   Ta informacja z ust mamy Wiktorii naprawdę mnie zaskoczyła. Chyba pozytywnie.