piątek, 6 grudnia 2013

Rozdział 9 "...a może i ktoś więcej?"

  Nawet nie zauważyłam kiedy nastała noc. Zerknęłam na zegarek Dawida. Wskazywał dziesiątą trzydzieści trzy.
- Chyba powinnam już wracać - powiedziałam - z rana muszę być na hali treningowej.
 Oboje wstaliśmy z miejsc, po czym ruszyliśmy do wyjścia. Chłopak złapał za klamkę.
- Zamknięte - stwierdził.
- Jak to zamknięte!?
- No drzwi się zatrzasnęły.
- I co teraz? - powoli zaczynałam panikować. W końcu groziło nam utknięcie na całą noc, na ostatnim piętrze wysokiego biurowca.
- Trzeba wpisać kod - Dawid wskazał na małą klawiaturkę.
- A znasz ten kod?
Wyjął komórkę z kieszeni i zajrzał w notatki.
- Mam! Kodem jest dzień urodzin mojej siostry. Siedemnastego czerwca.
- Ale jesteś pewien? - spytałam wiedząc, że większość mężczyzn na ogół nie pamięta dat urodzin.
- Przecież to moja siostra! A poza tym mam zapisane w telefonie.
Chłopak zbliżył się do klawiatury i zaczął wpisywać cyfry.
- Siedemnastego czerwca. Jeden, siedem, zero,pięć.
- Czerwiec to "zero, sześć"! - krzyknęłam, ale było już za późno.
Alarm zawył jak oszalały. Dawid cofnął się kilka kroków, po czym jednym zgrabnym ruchem wyważył drzwi. Zaczęliśmy uciekać. Nie było czasu by czekać na windę, więc postanowiliśmy zbiec po schodach. Dotarliśmy już do głównego wejścia, gdy nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
- Żadnych gwałtownych ruchów - rzekła postać za mną, która okazała się być ochroniarzem.
*        *          *
- Panie władzo, proszę nas puścić - jęknął Dawid szarpiąc za kraty.
- Uspokój się młodzieńcze. Musicie się nauczyć, że nie ładnie się tak wkradać do czyjegoś budynku - ochroniarz zaśmiał się przebiegle - ile wy macie lat, osiemnaście?
- Ja mam dwadzieścia sześć lat! - krzyknął Dawid - a to biurowiec mojego ojca!
- Trele morele! Już wielu tu takich "synków" było. Lepiej weź przykład z koleżanki i siedź cicho - strażnik wyszedł z pomieszczenia.
Chłopak zaczął szarpać kraty.
- To bez sensu - mruknęłam siadając na ławce- daj spokój Dawid, nie wygrasz z nim.
Zdenerwowany kopnął papierek leżący na podłodze.
- Przepraszam, że wciągnąłem cię w to bagno - powiedział ze zwieszoną głową.
- Nic nie szkodzi - podeszłam do niego po cichu.
Jego błękitne oczy wpatrzone były w dal. Kiedy jednak zauważył mnie obok przysunął się bliżej. Nasze twarze znalazły się w minimalnej odległości. Ale nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie - czułam się wspaniale. I wtedy nasze usta się spotkały.
 Nagle ktoś otworzył drzwi. Odruchowo oddaliliśmy się od siebie.
- No gołąbeczki! Macie szczęście - rzekł ochroniarz, już nie ten sam.
- Rafał, jak dobrze, że jesteś! - ucieszył się Dawid na widok znajomego strażnika.
- Jeszcze panienkę za sobą wciągnąłeś - mężczyzna przyjrzał mi się - i to nie byle jaką! Toż to Alicja Iwanowicz, kilkukrotna mistrzyni Polski w siatkówce.
- Błagam nie mów nic ojcu - poprosił chłopak skruszonym głosem.
- Tylko jeśli dostanę od tej panienki autograf - uśmiechnął się pan Rafał.
Podpisałam się mu na kartce leżącej na biurku i razem z Dawidem udaliśmy się na zewnątrz.
- Jeszcze raz cię przepraszam - szepnął mi do ucha.
- Nie przepraszaj - zaśmiałam się - to była świetna przygoda. Jeszcze nigdy nie całowałam się w więzieniu.
- Bo chyba nigdy nie byłaś w więzieniu - powiedział Dawid stukając mnie po przyjacielsku w ramię. Pożegnaliśmy się i poszliśmy w swoją stronę.
     Następnego dnia, a w zasadzie tego samego, na treningu byłam nieprzytomna. Ledwo trzymałam się na nogach.
- Ala, co ci jest? - pytały dziewczynki, jednak ja tłumaczyłam swoje zachowanie ciężką nocą.
- Miałam problemy ze snem - odpowiadałam, ale siatkarek to nie przekonywało.
- Znam sposób, żeby dowiedzieć się prawdy - rzekła Julka i już po chwili trzymała w ręku mój telefon. Nie zdążyłam nawet zareagować.
- Ostatnie połączenia: Dawid, Dawid, Andrzej, Dawid, mama, Dawid, Dawid. Jesteś zmęczona, ale szczęśliwa. To oznacza jedno...uwaga, uwaga, werble proszę! ALA JEST ZAKOCHANA!!!
Wszystkie dziewczynki zaczęły się śmiać oraz wzdychać. Poczułam, że się czerwienię.
- Tym rumieńcem tylko potwierdzasz moją teorię! - krzyknęła Julka i zanuciła - Every night in my dreams, I see you, I feel you...
Po chwili cały siatkarski chór tańczył dookoła mnie śpiewając przebój z "Titanica".
- Wy to jesteście okropne! - powiedziałam kręcąc głową, ale nie mogłam dłużej powstrzymać się od śmiechu. 
Dalej rozgrzewka odbyła się na wesoło. Przez cały czas głośno śpiewałyśmy różne piosenki, a przechodnie spacerujący obok hali z ciekawością zaglądali nam w okna. Podczas końcowego meczu również humory nam dopisywały. Zwycięska drużyna odśpiewała "We are the champions", natomiast przegrana swoją własną wersję, czyli "We are the losers". Później obie drużyny w podskokach udały się do szatni. Zaczęłam zdejmować siatkę, kiedy na salę wszedł Andrzej. Nie wyglądał na zadowolonego.
- Hej Andrew! Co słychać? - pomachałam do niego.
- Ala, mamy problem - powiedział grobowym głosem - chodzi o Mariusza.

piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 8 "Prawdziwy przyjaciel..."

Na nocowisku wszyscy bawili się doskonale. Graliśmy w podchody, chowanego, a o północy zrobiliśmy małe ognisko. Jak się później okazało Andrzej zaplanował to ognisko już wcześniej. W wielkiej torbie, którą przyniósł ze sobą miał bochenek chleba i kiełbaski, Przyszykował też miejsce na podwórku.
Około godziny piątej udało nam się zagonić dziewczynki do spania. Wtedy mogliśmy trochę porozmawiać.
- Czy zawody młodziczek wyglądają tak samo jak u nas? - zapytałam przewracając w ręku plastikowy kubek.
-Nie do końca - odparł Andrzej - ale z tego co wiem, teraz wygląda to podobnie. Zasady zmieniają się z roku na rok. Przygotowujesz dziewczyny na mistrzostwa województwa. Mariusz był z nimi na eliminacjach, które udało im się wygrać. Za dwa tygodnie jest półfinał i jeżeli tam też zwyciężą - wtedy jedziemy na finał.
- Chyba nie rozumiem.
Andrzej zabrał mi kubek bojąc się, że obudzę siatkarki. Wyjął z kieszeni kartkę i długopis, po czym zaczął rysować.
- Patrz! - podsunął mi swoje dzieło pod nos.
- Wyobraź sobie, że my to numer jeden.
Przyjrzałam się dokładniej ilustracji.
- A kto jest dwójką?
-Gdynia
-A czwórką?
-Sopot. Trójka to Kościerzyna, piątka to Rumia, szóstka to Malbork, siódemka to Słupsk, a ósemka to Wejherowo. 
- Kto jest najsilniejszy?
- Wydaje mi się, że Malbork i Sopot. Tak przynajmniej mówił Mariusz.
Popatrzyłam na kartkę i przeanalizowałam jeszcze raz zdobyte informacje.
-Czyli, że najsilniejszy jest Sopot. Sopot, z którym gramy. Zgaduję, że mistrz województwa?
  Andrzej nie odezwał się, ale kiwnął potakująco głową.
- Nie mam więcej pytań - burknęłam.
Nasze szanse na wygraną były naprawdę małe. Nawet mniejsze niż małe. Jak udało mi się dowiedzieć to był pierwszy raz kiedy dziewczynki wygrały eliminacje. Nie można nazwać tego wielkim osiągnięciem, gdyż Gdynia to dosyć słaba drużyna. Z Sopotem będzie inaczej. Musimy wziąć się ostro do roboty.
- Wygramy to - powiedziałam, starając się podnieść samą siebie na duchu.
   Po powrocie do domu od razu położyłam się spać. Niestety, los dał mi odpocząć jedynie pół godziny, bowiem około ósmej zadzwonił mój telefon. A w zasadzie nie telefon tylko Dawid.
- Obudziłem cię? Naprawdę przepraszam - jęknął słysząc moje zaspane"halo" - chciałem cię zaprosić na kolację do restauracji "Forten".
-Na kolację?! Dawid, jest środek nocy!
Po drugiej stronie słuchawki nastała cisza.
- To ciekawe...mój zegarek wskazuje ósmą pięć. Pewnie balowałaś całą noc na jakiejś imprezie?
Zaśmiałam się jeszcze nie do końca przytomna.
- Tak, na szalonej imprezie z dwunastoletnimi dziewczynkami. Chętnie się z tobą spotkam, może być o dziewiętnastej?
- Pewnie - odparł Dawid - to do zobaczenia!
   Tego dnia odpuściłam dziewczynom trening. Wiedziałam, że żadna z nich nie będzie miała siły na większy wysiłek. Sama nawet nie byłabym w stanie prowadzić zajęć. Ociężale podniosłam się z łóżka i ruszyłam w stronę kuchni. Przedpołudnie spędziłam wyjątkowo leniwie, jednak kiedy było już blisko godziny dziewiętnastej dostałam nagłego napływu energii. Znalazłam w szafie  krótką, czarną sukienkę, ubrałam ją i pognałam do "Forten". Restauracja ta znajdowała się nie daleko mojego domu, dlatego też dotarłam na miejsce o czasie. Dawid już na mnie czekał.
- Wyglądasz pięknie - stwierdził, gdy do niego podeszłam.
Usiedliśmy przy stole. Od razu zajął się nami kelner proponując nam różne specjały. Czułam się bardzo dobrze w towarzystwie Dawida. Mogłam z nim rozmawiać o wszystkim, jakbyśmy znali się od dzieciństwa. Nagle usłyszałam, że przyszedł mi sms.
-To od mojego kolegi - wyjaśniłam widząc wiadomość od Andrzeja - mam trening jutro rano.
- A ty grasz w jakimś klubie? - zdziwił się chłopak.
-Nie, jestem trenerką - odparłam.
- To świetnie! Mogłabyś trenować moją siostrę, która bardzo narzeka na swojego trenera. Byłem z nią na zawodach rok temu - faktycznie, dziwny typ. Chociaż może teraz się zmienił. Nie wiem, ostatnio rzadko z nią rozmawiam - Dawid zamyślił się głęboko,
- Więc może czas to zmienić? - powiedziałam uśmiechając się do niego - Relacje rodzinne są naprawdę ważne.
Po moim wypadku to właśnie rodzina dała mi siłę żeby walczyć. To dzięki niej się nie poddałam. 
   Nagle chłopak zerwał się z miejsca. Oddał kelnerowi puste talerze i pociągnął mnie za rękę w stronę wyjścia.
- Chodź! Pokażę ci coś - rzekł tylko, nawet się nie odwracając.
Po chwili staliśmy już na przeciwko wielkiego biurowca. Dawid wyciągnął klucze, a ja nie mogąc wytrzymać zapytałam:
- Co tu robimy?
- Zaraz zobaczysz - zachichotał tajemniczo.
Weszliśmy do środka. Budynek wewnątrz wyglądał jeszcze bardziej zjawiskowo. Udaliśmy się do windy, która zawiozła nas na piętnaste piętro. Minęliśmy kilka korytarzy i znaleźliśmy się na olbrzymim tarasie widokowym. Z tego miejsca można było zobaczyć cały Gdańsk.
- Ale tu pięknie! - zachwyciłam się- to twoje?
- To biurowiec mojego ojca - wyjaśnił Dawid - jednak na wszelki wypadek wyrobił mi dodatkowe klucze.
  Usiedliśmy na małej ławeczce i patrząc w gwiazdy rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym.
______________________________________
Witam po długiej przerwie ;) Wiem, miałam pisać co tydzień, ale szkoła mi nie pozwala...mam nadzieję, że mimo wszystko ktoś na mnie tu czekał. Enjoy :) x

piątek, 18 października 2013

Rozdział 7 "Chwile grozy i przyjemności"

       Jak udało mi się dowiedzieć brat Dodzi najzwyczajniej w świecie się zakochał. Poznał jakąś piękną dziewczynę, a Dorota była o nią zazdrosna.
- Ciągle tylko "moja dama" i "moja dama"! Nie ma już nawet czasu by pograć ze mną w siatkę, bo pisze do niej listy miłosne - skarżyła się - a najlepsze jest to, że nie pamięta, albo i nie zna jej adresu!
- Ale i tak ty jesteś dla niego ważniejsza - tłumaczyłam wtedy starając się ją zrozumieć.
     - Bycie trenerem nie polega jedynie na przygotowywaniu zawodników do meczu - trzeba stać się ich przyjacielem, słuchać, pomagać, być z nimi na dobre i złe - rzekł Andrzej, gdy opowiedziałam mu całą historię. Miał rację. Podczas treningów był dla nas ostry, ale wyrozumiały. Zawsze pomagał nam w trudnych chwilach posyłając podnoszące na duchu słowa, lub po prostu wysłuchując naszych żali. Był dla nas jak taki drugi ojciec.
     Nadszedł dzień nocowiska. Razem z dziewczynami oraz moim "treningowym tatą" umówiliśmy się na godzinę osiemnastą w hali. W zasadzie planowałam typowo "babski" wieczór, ale Andrzej stwierdził iż, zacytuję: "sama nie ogarnę tych siatkarskich szympansów". Tak więc musiał zostać z nami. 
     Z samego rana udałam się jeszcze do supermarketu by kupić jedzenie na wieczór. Pakowałam właśnie słodycze do koszyka, kiedy ktoś nagle stuknął mnie w ramię. Przestraszona podskoczyłam, upuszczając ciastka.
- Co za przypadek, znów się spotykamy!
To był Dawid, ten ze sklepu sportowego.
- O, dzień dobry - odparłam - Zawsze tak straszysz ludzi?
- Tylko tych, na których mi zależy - mrugnął okiem, po czym schylił się i podał mi ciastka, które zrzuciłam.
-A pamiętasz, że otrzymałaś zaproszenie na kawę? Wtedy odpowiedź brzmiała "może". Jak będzie teraz?
A od kiedy jesteśmy  "na ty"?- cisnęło mi się na usta, jednak nie chciałam być niemiła.
- Bardzo chętnie - odrzekłam, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że właśnie umówiłam się na randkę.
- W takim razie naprawdę mi miło - chłopak złapał mnie za rękę i poszliśmy do małej kawiarenki za rogiem.
Zamówiłam dużą latte, on natomiast czarne espresso.
- Jesteś inna niż reszta siatkarek - podsumował po godzinie rozmowy o wszystkim i o niczym.
- Mam to uznać za komplement?
-Och przepraszam! - Dawid najwyraźniej pomyślał, że mogłam poczuć się urażona - miałem na myśli twoje podejście do ludzi. Nie zadzierasz nosa, jak te z obecnej reprezentacji. Poprosić je tylko o autograf - od razu wyskakują z tekstami typu "dajcie mi wreszcie normalnie żyć", jakby nie wiadomo kim były.
Nie chciało mi się wierzyć, że moje koleżanki mogłyby zrobić coś takiego, jednak z drugiej strony czemu ten chłopak miałby kłamać. Zerknęłam na zegarek. Właśnie wybiła jedenasta.
- Muszę już iść - powiedziałam wyjmując portfel.
- Nie, nie! - Dawid schował go z powrotem do torby- ja zapłacę.
Próbowałam protestować, lecz w końcu dałam za wygraną.
- A mogę jeszcze cię o coś poprosić?- spytał przy wyjściu. Kiwnęłam głową.
- Dasz mi swój numer telefonu? - wyciągnął komórkę i zapisał dyktowane przeze mnie cyfry. Podziękował, po czym pożegnaliśmy się. To spotkanie wprawiło mnie w wyjątkowo dobry humor.
                                    *               *               *
        O osiemnastej wszyscy spotkaliśmy się przed halą. Całą grupą weszliśmy do środka. Zaczęliśmy od rozłożenia śpiworów, później Basia zaproponowała mecz. Gra przyniosła nam wiele śmiechu. Wymyślaliśmy coraz to dziwniejsze techniki odbić oraz zagrywki. Drużyna po lewej stronie przegrywała, więc dołączył do niej Andrzej. Wtedy ta po prawej stwierdziła, że to nie fair. Mężczyzna zaserwował. Piłka leciała prosto w środek boiska, a żadna z zawodniczek nie wiedziała co zrobić. Bez zastanowienia wpadłam pomiędzy dziewczyny i w ostatniej chwili odebrałam piłkę. Wykonałyśmy szybką akcję zdobywając punkt.
- Masz zamiar grać? - spytał Andrzej z niedowierzaniem.
- A co, strach cię obleciał? Szykuj się na porażkę, stary! - zaśmiałam się.
     Czułam się jak ryba w wodzie. Zdałam sobie sprawę jak bardzo mi tego brakowało. Niestety, w jednej chwili to piękne uczucie zamieniło się w koszmar. Podczas ataku poczułam okropny ból w plecach. Czym prędzej zeszłam z boiska i usiadłam na ziemi. Dziewczynki stanęły dookoła. Słyszałam ich przerażone głosy, jednak widziałam tylko kontury sylwetek. Obraz powoli mi się rozmazywał. Nagle ktoś szturchnął mnie w bok.
- Napij się - rzekł Andrzej.
Po omacku dosięgnęłam butelki. Wystarczyło zaledwie kilka łyków żebym znów mogła ujrzeć wystraszone twarze siatkarek i nie mniej zdenerwowanego Andrzeja.
- Dobrze już? - zapytał.
- Tak...chyba tak - odparłam odgarniając grzywkę z oczu.
- Może lepiej daj sobie spokój. Co ci doktor powiedział?
Spojrzałam na niego ze skruszoną miną.
- Że mam nie grać...
- Nie możesz?!- Wiktoria zdusiła krzyk.
Dorota uderzyła dłonią w czoło i złapała małą za ramiona.
- Nie oglądałaś mistrzostw rok temu?
- Oglądałam! - Wika tupnęła nogą ze wściekłą minką.
- A gazety czytałaś? Przecież Ala uszkodziła sobie kręgosłup. Przy czymś takim uprawianie sportu nie jest wskazane - to ostatnie zdanie wymówiła głosem doświadczonego lekarza po przynajmniej dwudziestu latach pracy. Poczułam się zawstydzona. Zrobiłam coś bardzo nieodpowiedzialnego. 
     Resztę meczu dziewczyny rozegrały same. Ja w tym czasie z pomocą Andrzeja próbowałam przydzielić im funkcje.
- Magdę na atak - zaproponował Andrzej.
-Nie, lepiej na rozegranie - powiedziałam.
- Ale Agnieszka jest dokładniejsza.
- Ja ją widzę na przyjęciu. Magda to rozgrywająca - stwierdziłam - postanowione.
- Jak uważasz - odparł Andrzej - a co zrobisz z Mają?
- Szkoda, że nie ma czegoś takiego jak "specjalista od medytacji" - mruknęłam pod nosem - może środek?
- Niezła myśl!
Po kilkunastu minutach burzliwych dyskusji udało nam się dojść do porozumienia w sprawie każdej dziewczynki.
- Słuchajcie - przerwałam mecz - mamy już dla was pozycje.
W tej chwili dla siatkarek nie liczyła się już gra.Usiadły dookoła mnie, co jakiś czas szepcząc coś sobie wzajemnie do ucha.
- Na rozegranie postawimy Magdę - oznajmiłam - Julia i Dodzia będą atakować, Basia oraz Agnieszka przyjmować, a Zosia i Maja staną na środku.
Wtedy na sali dało się usłyszeć jedynie okrzyki radości.
- A ja kim będę? - wysoki głosik pisnął gdzieś w pobliżu mnie.
- Matko jeszcze Wiktoria! - wyrwało mi się.
Zerknęłam zdenerwowanym wzrokiem na Andrzeja, który również nie wyglądał spokojnie. Pociągnął mnie za rękaw i szepnął:
- Co teraz?
Zamyśliłam się przez chwilę. Nagle mnie olśniło.
- A u młodziczek jest libero? - spytałam z nadzieją.
- Przepisy się ciągle zmieniają, ale teraz chyba powinna być- odparł Andrzej gładząc brodę. Dopiero wtedy zrozumiał o co mi chodziło.
- Jesteś genialna! - krzyknął.
   Wróciłam do zniecierpliwionej Wiktorii i powiedziałam:
- Dostałaś bardzo ważne zadanie, a mianowicie będziesz naszą libero.
Dziewczynka zrobiła śmieszną minę, jakby próbowała sobie coś przypomnieć.
- Libero nie serwuje, co nie?
- Nie i pod siatką też nie stoi.
- Czyli nie będę musiała serwować? - spytała jeszcze raz dla upewnienia.
Rozwiałam jej obawy.
- Jak ja cię lubię - rzekła rzucając mi się na szyję.
_______________________________________________
W związku z małymi problemami technicznymi tydzień temu, wrzuciłam dziś dwa rozdziały.
Enjoy! ;)


Rozdział 6 "Trener nie tylko trenuje"

    -Noc w naszej hali?! Genialne! - krzyknęłam z wielkim entuzjazmem.
Andrzej spojrzał na mnie podnosząc brwi.
- Jesteś szalona, wiesz? - zaśmiał się.
- O co chodzi? Nauczyciele organizują dla uczniów nocowiska, czyli noce w szkole, więc dlaczego ja nie mogę zrobić tego dla moich siatkarek?
     Według mnie był to pomysł wprost wyśmienity. Miałam zamiar zostać razem z dziewczynkami na jedną noc w hali treningowej. Świetna okazja żeby się lepiej poznać.
- Zgódź się, proszę, proszę! - pisnęłam niczym nastolatka błagająca o pozwolenie na wyjście do kina późnym wieczorem.
- Nie mam nic przeciwko. Pamiętaj tylko, że masz dwa tygodnie na przygotowanie młodziczek do zawodów - odparł Andrzej.
Przybiliśmy sobie "żółwika" na znak umowy.
- Ale najpierw musisz uzupełnić sprzęt. Kilka piłek się przedziurawiło. W "Volley Superstar" są takie dobrej jakości - dodał po chwili.
      Następnego dnia rano, tak jak obiecałam, udałam się do sklepu siatkarskiego "Volley Superstar".
Zanurkowałam pomiędzy regałami szukając piłek. Po kilku minutach błądzenia w dziale ze sprzętem namierzyłam cel. Zaczęłam oglądać piłki leżące na górnej półce. Wybrałam najtwardszą i uderzyłam nią o podłogę.
- Całkiem niezła - stwierdziłam sama do siebie.
- Dobry wybór. Widzę, że zna się pani na rzeczy - usłyszałam ciepły, przyjazny głos za plecami.
Odwróciłam się i zobaczyłam wysokiego blondyna. Od razu mój wzrok przykuły jego błękitne oczy, przypominające morską głębię. Naprawdę nigdy nie widziałam tak pięknych oczu.
- Ja nie mogę! Alicja Iwanowicz! - chłopak wydał cichy okrzyk spoglądając na moją twarz.
- Miło cię poznać - powiedziałam. Poczułam, że się rumienię.
- Jestem Dawid. To wielki zaszczyt gościć mistrzynię Polski w naszym sklepie - Dawid skłonił się przede mną, co wprawiło mnie w zakłopotanie. 
Zaprowadził mnie do kasy, gdzie zapłaciłam za piłki.
- A co taka sławna siatkarka powiedziałaby, gdyby pewien pracownik sklepu "Volley Superstar" zaprosił ją na kawę? - zapytał podając mi paragon. 
- Może by się zgodziła - odparłam. Rumieńce znów powróciły.
    Kiedy wyszłam ze sklepu zobaczyłam, że na paragonie napisał numer telefonu.
"Co za podrywacz" pomyślałam, ale mimo to schowałam papierek do torebki.
                              
                                            ~po weekendzie~
    
Termin nocowiska ustaliliśmy na pojutrze. Dziewczynom bardzo spodobał się ten pomysł. No, może nie wszystkim. Po skończonej rozmowie, gdy udałyśmy się na halę, Dorota wcale nie przejawiała ochoty na wykonywanie ćwiczeń. Jej nastawienie zmieniło się podczas końcowego meczu. Całą swoją złość wyładowywała na piłce, o mały włos nie zabijając przy tym przeciwnej drużyny.
- Nie no, ja tak nie gram! Niech ona się wreszcie uspokoi! - zaprotestowała wreszcie Magda. Zyskała poparcie koleżanek.
- Co jest, Dodźka? -spytałam po treningu - Chodzi o to nocowisko?
Dziewczyna odgarnęła rude włosy z twarzy i rozejrzała się, sprawdzając czy nikogo innego nie ma na hali.
- Nie, o sprawy rodzinne - odparła - a mianowicie o mojego głupiego brata.
W tym momencie z całej siły kopnęła piłkę. Wiedziałam, że moim obowiązkiem jest pomóc Dorocie, jednak prawdę mówiąc nie podobało mi się to. "W końcu jestem trenerką, a nie psychologiem" próbowałam usprawiedliwić się sama przed sobą.  Chciałam już odejść, ale coś nakazywało mi zostać. Więź pomiędzy nami była już zbyt duża. Przez chwilę walczyłam z myślami, po czym zapytałam:
- Chcesz porozmawiać?

piątek, 4 października 2013

Rozdział 5 "Sytuacje kryzysowe"

    Kiedy po męczącym dniu nareszcie dotarłam do domu, wykończona od razu położyłam się spać. W nocy jednak zbudził mnie dziwny sen, mało powiedziane - koszmar.
    Byłam na zawodach, prawdopodobnie mistrzostwach z moją dawną drużyną. Znajdowałyśmy się centralnie przed siatką. Wszystkie miałyśmy w ręku piłkę. Przeciwniczki czekały aż któraś w końcu zaatakuje, jednak żadna się do tego nie paliła. Podjęłam wyzwanie trafiając w sam środek boiska. Dziewczyny nie zareagowały. Występowałyśmy jako drużyna, ale grałyśmy osobno. Poczułam się nieswojo.
- Nie wygramy jeśli nie będziemy współpracować - powiedziałam do koleżanek stojących obok.
Lecz one przeszyły mnie tylko wzrokiem, jakbym powiedziała coś dziwnego. Jakbym była odmieńcem.
- Teraz współpraca już nikogo nie obchodzi. Każdy chce zabłysnąć, więc nie patrzy na innych - usłyszałam głos Kasi, a po chwili zauważyłam jej szczupłą sylwetkę wyłaniającą się zza grupki innych zawodniczek. Zatrzymała się pół metra przede mną i przyszykowała się do przyjęcia. Piłka jednak zamiast spaść na jej ręce uderzyła mnie w głowę. Wtedy się obudziłam. Spojrzałam na zegarek.
    "Mamy już piątek" - pomyślałam -"dzisiaj jeszcze trening, a potem dwa dni wolnego".
Co prawda na hali miałam się zjawić dopiero o szesnastej, ale mimo wszystko nie mogłam doczekać się już weekendu. Nigdy nie sądziłam, że praca trenera okaże się aż tak trudna.
   Wyciągnęłam rękę w stronę szafki nocnej i chwyciłam szklankę z wodą. Zaczęłam się wtedy zastanawiać skąd dziewczynki, pomimo długiego siedzenia w szkole mają energię na wyczerpujące, popołudniowe zajęcia. Czyżby ich zamiłowanie do siatkówki potrafiło przezwyciężyć nawet zmęczenie?
W zasadzie w moim przypadku właśnie tak było. Żaden powód (łącznie z chorobą) nie wydawał mi się na tyle ważny żeby zrezygnować z treningu. Zerknęłam ponownie na zegarek.
"Trzeba iść dalej spać jeśli mam być przytomna na zajęciach" stwierdziłam kładąc się z powrotem do łóżka.
                                                               *        *        *
- Wiem już jaki macie problem - oznajmiłam z dumą po rozgrzewce.
- Co niektórzy na pewno z psychiką - warknęła Agnieszka.
Znowu pokłóciła się z Julką, dlatego tego dnia też biegały karne kółka.
- Zamknijcie się wreszcie! - krzyknęła Dorota - te wasze sprzeczki doprowadzają mnie do szału!
Dziewczyny zamilkły.
- Dzięki Dodzia! - mrugnęłam do niej okiem - Chciałam wam tylko powiedzieć, że jest pewna umiejętność, której jeszcze nie opanowałyście, a która bardzo wzmocniłaby waszą grę. To współpraca. Zauważyłam, że chociaż stoicie po tej samej stronie boiska każda myśli tylko o sobie. A podczas meczu musicie się zjednoczyć.
      Mój koszmar senny pomógł mi przypadkiem odkryć źródło błędów młodych siatkarek.
- I co masz zamiar z tym zrobić? - spytała Magda.
- Nie wiem, ale coś wymyślę - odparłam - przez następne kilka zajęć będę was bacznie obserwować, by w końcu przydzielić wam funkcje w drużynie.
Ta wiadomość okazała się być dla dziewczyn na prawdę ekscytująca. Podczas meczu wszystkie moje uwagi brały sobie mocno do serca.
- Punkt dla drużyny po lewej- ogłosiłam gdy piłka spadła koło Wiktorii, której nie udało się odbić.
- Wika, nie rycz - westchnęła Dorota.
   Mała zakryła sobie twarz rękoma, jakby myślała, że wtedy nikt nie zobaczy jej łez. Powoli zaczynałam rozumieć o czym mówił Mariusz. Dziewczynka najwyraźniej ciężko znosiła porażki.
"Zwykłe pocieszenie na niewiele się tu zda. Nie zrobię z niej siatkarki jeśli przy każdym błędzie lub nieudanej akcji będzie płakać" pomyślałam.
- Dobra, robimy przerwę - zarządziłam - Wiktoria, ty zostań.
Dziewczyny poszły do szatni się napić, ja w tym czasie zaczęłam rozmowę z najmniejszą z nich.
- Słuchaj Wikunia, wiem, że czasem nie jest łatwo opanować emocje, ale musisz się starać być silna - powiedziałam schylając się do niej - nie możesz płakać zawsze gdy coś ci nie wyjdzie.
- Czyli nie będę niepokonaną siatkarką jeśli nie nauczę się nie płakać? - do oczu dziewczynki znów napłynęły łzy.
  Nie mam pojęcia czy to przez tę nieszczęśliwą minkę, strumienie łez czy też czterokrotne użycie słowa "nie" w krótkim zdaniu, poczułam nagle ogromny smutek. Zrobiło mi się naprawdę żal tego dziecka.
- Mam pomysł! - złapałam ją za nadgarstki - Umówimy się tak, że chociaż spróbujesz podchodzić do gry bardziej "na luzie". Przecież najważniejsza jest dobra zabawa. A płaczemy tylko w sytuacjach kryzysowych, zgoda?
- Zgoda - odparła Wiktoria.
  Trzeba przyznać, że przez następne treningi spisywała się niesamowicie. Choć było jej ciężko powstrzymywała łzy i grała dalej.
      Aż któregoś dnia po zajęciach zobaczyłam ją w szatni całą zapłakaną. Gdy mnie zauważyła próbowała ukryć twarz, jednak wcale tego od niej nie oczekiwałam.
- Jestem z ciebie dumna, wiesz? - powiedziałam siadając obok.
- Naprawdę? - Wiktoria podniosła głowę dość zaskoczona - przecież nie dałam rady. Dalej jestem beksa.
- Nie jesteś żadna beksa! Mówię ci, z czasem ci się uda. Wszystko małymi kroczkami - klepnęłam ją po przyjacielsku w ramię - i tak robisz postępy.
  Usłyszałyśmy kościelne dzwony.
- Już osiemnasta. Piętnaście minut temu skończył się trening. Gdzie są twoi rodzice? -spytałam
- Pewnie mama znowu musiała zostać dłużej w pracy - zamyśliła się - może pani zamknąć halę, usiądę przed wejściem.
- Nie ma mowy, poczekam z tobą- zaoponowałam - i nie zapominaj, że jestem Ala, a nie "pani".
Dziewczynka uśmiechnęła się. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma piegi. I to takie mocno widoczne.
     Nagle drzwi do szatni otworzyły się i do środka weszła wysoka kobieta ubrana w marynarkę.
- Wika, idź szybko do samochodu - powiedziała od razu.
 Mała pożegnała się ze mną i pognała w stronę wyjścia. Po chwili widać było tylko długi, blond kucyk bujający się wesoło to w lewo, to w prawo..
 - Dziękuję pani bardzo - kobieta zwróciła się do mnie - dziękuję za to, że uwierzyła pani w moją córkę.
- Ależ nie ma za co - odparłam lekko zawstydzona - Wiktoria ma talent, musi tylko poznać własne możliwości.
Mama Wiktorii wyszła na chwilę na korytarz żeby upewnić się czy dziewczynka nie podsłuchuje.
- Jest pani jej idolką. W pokoju ma pełno plakatów z reprezentacją, oczywiście tylko tam gdzie jest pani. Z poprzednim trenerem Wiktoria nie mogła się porozumieć. Z panią, pani Alicjo to zupełnie inna sytuacja.
   Nie przypuszczałam nigdy, że mogę stać się czyjąś idolką. A tym bardziej nie sądziłam, że moją fanką, jeśli można to tak nazwać, będzie jedna z tych małych siatkarek.
   Ta informacja z ust mamy Wiktorii naprawdę mnie zaskoczyła. Chyba pozytywnie.

sobota, 28 września 2013

Rozdział 4 "Ja tu rządzę!"

   Przez cały wieczór analizowałam mecz w celu znalezienia przyczyny niepoprawnej gry. Mimo iż były to dopiero drugie zajęcia czułam wyraźnie pewną więź łączącą mnie z tymi dziewczynami. Nie wiedziałam czy chodziło tu o wspólną pasję czy też może o chęć wygrania nadchodzących zawodów. 
   Następnego dnia, kiedy dochodziłam już od hali treningowej usłyszałam niepokojące krzyki. Czym prędzej pobiegłam w stronę szatni.
- Myślisz, że wszystko wiesz? Oświecę cię, poziomem wiedzy nie dorównujesz przedszkolakom!
- A ty niby lepsza?! Nawet nie umiesz porządnie zaserwować!
  Stanęłam w drzwiach przysłuchując się awanturze jaką toczyły ze sobą Agnieszka i Julia. Ani one, ani ich "widownia" mnie nie zauważyły.
- Denerwuje mnie twoje zarozumialstwo!
- A mnie twoje zrzędzenie!
- A mnie denerwują wasze wrzaski - mruknęłam wreszcie.
 Wtem każdy wzrok został skierowany w moją stronę.
- Wychodzimy na dwór -zapowiedziałam nie dając żadnej prawa do tłumaczenia się.
"No to będzie zabawa!" pomyślałam i uśmiechnęłam się podstępnie. 
Zatrzymałyśmy się przed budynkiem.
- Teraz Julka z Agnieszką przebiegną sobie dziesięć kółek dookoła hali. Mam nadzieję, że to was nauczy iż treningi to nie czas na sprzeczki.
- Ale proszę pani! - Aga zaczęła się buntować.
- Jedenaście kółek - odparłam niewzruszona - i na przyszłość, mam dopiero dwadzieścia pięć lat. "Paniować" to możesz gdy przekroczę czterdziestkę. Na razie zapamiętaj - jestem Ala.
Siatkarki stojące za mną parsknęły śmiechem.
-To niesprawiedliwe! - jęknęła Julka.
- Dwanaście kółek. Jeszcze jakieś uwagi?
 Dziewczyny wymieniły sojrzenia.
- Nie - westchnęły zaczynając bieg.
  Razem z pozostałymi wróciłam na salę. Kazałam Dorocie poprowadzić rozgrzewkę, ja w tym czasie obserwowałam Agnieszkę i Julię przez okno. Nie miały szans na jakiekolwiek oszustwo, dlatego też posłusznie wykonywały zadanie. W końcu weszły na salę zgrzane oraz zdyszane śmiejąc się do siebie.
- I jak tam nastroje? - spytałam widząc, że wszystko idzie po mojej myśli.
- W porządku - odparły i na dowód przytuliły się przyjacielsko.
   Niestety podczas dalszego treningu atmosfera znów stała się nieprzyjemna, nie tylko z winy tych dwóch dziewczyn.
  Najpierw Basia wpadła na Zosię, która stwierdziła, że to na pewno nie był wypadek. Postanowiła w rewanżu kopnąć koleżankę, ale zamiast w nią, trafiła w Dorotę. Ta natomiast oskarżyła o to Agnieszkę. Wtedy powołała na świadka Wiktorię, która przyznała, że nic nie widziała. Magda i Julka obwiniły więc Wiktorię o rozpoczęcie całej sprzeczki. Następnie oczywiście mała rozpłakała się piszcząc, że to nie ona. Tylko Maja siedziała na ziemi "po turecku" i oddychała głęboko
- Medytujesz? - zapytałam zaglądając jej w twarz.
- Bo najważniejszy jest wewnętrzny spokój - odpowiedziała, po czym wzięła kolejny oddech.
- Może i racja - przyznałam.
  Usiadłam obok niej. Spróbowałam naśladować jej ruchy. Zamknęłam oczy i poczułam, że odpływam. Cały krzyk ucichł.
- Ala, co ty robisz? - usłyszałam głos Doroty. Tak, błogie chwile nie mogą trwać za długo.
- Wyciszam się wewnętrznie, a także czekam kiedy łaskawie raczycie zamknąć swoje szanowne buźki i dacie mi poprowadzić zajęcia.
- Majka, to przez ciebie! Zepsułaś nam trenerkę! - wrzaski znów powróciły. Nawet Maja dołączyła się do dyskusji. Tego już za wiele!
- Cała ósemka do szeregu, baczność, na dwór marsz - rzekłam stanowczo.
Wystraszone siatkarki w mgnieniu oka wykonały polecenie.
- Za karę biegniecie cztery kółka dookoła budynku. Każde niepoprawne zachowanie "nagradzane" będzie właśnie tym.
 Dziewczyny narzekając i burcząc coś pod nosem zaczęły biec.
- Pierwsze kółko, drugie kółko, trzecie kółko...-liczyłam. Gdy chciałam oznajmić, że czwarte okrążenie zostało pokonane wszystkie rzuciły mi się na szyję. Wspólny wysiłek zbliża ludzi.
- Kiedy mówisz jak zgred też jesteś fajna - stwierdziła Wiktoria.
Wybuchnęłyśmy zgodnym śmiechem.
   Po zakończonym treningu musiałam jeszcze udać się do Andrzeja. Obiecałam, że po każdych zajęciach będę zdawać mu relacje.
- Przepraszam cię za moje wygłupy, które nie pozwalały się skupić koleżankom z drużyny, karygodne zachowanie oraz wszelkiego rodzaju sprzeczki. To było niewłaściwe, wiem - powiedziałam wchodząc do jego gabinetu. Osunęłam się na krzesło i poczułam jaka jestem zmęczona.
- Małe dały ci w kość? - mężczyzna zakręcił zielonym długopisem, który właśnie trzymał - a przecież, zacytuję "to tylko niewinne żarciki". Czyje to słowa?
- Moje - odparłam rumieniąc się ze wstydu - ale teraz widzę czemu cię to złościło.
Andrzej oparł brodę na dłoni tak, że jego twarz znalazła się blisko mojej.
- Powiem ci w sekrecie, że czasem mi tych żarcików brakuje. Kiedy w grę wchodzi mistrzostwo staracie się dawać z siebie wszystko, ale trening ma być również dobrą, wspólną zabawą. Bo najważniejsza jest...
- ...drużyna - dokończyłam.
  Spojrzałam na zdjęcie powieszone na ścianie. Nasze pierwsze mistrzostwa. Po policzku spłynęła mi łza. Nie wiedziałam tylko czy była to łza szczęścia, czy raczej tęsknoty....
_______________________________
Wiem, miał być piątek, a jest sobota. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że wczoraj do późna robiłam z koleżanką projekt. OD TERAZ będę postaram się dodawać posty w piątki :D

piątek, 20 września 2013

Rozdział 3 "To co najważniejsze"


 - Trzy kółka truchtu na początek - krzyknęłam - rudowłosa miss ataku prowadzi!
       Wszystkie dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Usiadłam na ławce cały czas bacznie obserwując, czy aby żadna nie skraca sobie drogi. Czułam się dumna, że na swojego trenera wybrały mnie. Byłam świadoma zadania jakiego się podjęłam, ale za wszelką cenę chciałam udowodnić Mariuszowi swoją rację. 
       Po skończonej rozgrzewce kazałam młodym siatkarkom usiąść na podłodze.
- Dzisiejsze zajęcia będą trochę nietypowe - powiedziałam - muszę się czegoś o was dowiedzieć.
      Dziewczyny słuchały mnie bardzo uważnie i z zainteresowaniem, co tylko dodało mi odwagi.
- Odpowiadacie na trzy pytania: jak masz na imię, ile masz lat i co w grze jest najważniejsze. Zaczyna miss ataku.
- Dorota, czternaście lat, siła - rzekła pewnym głosem. Odgarnęła swoje rude loki z twarzy.
- Bardzo dobrze, następna! - zarządziłam.
- Magda, dwanaście lat, dokładność.
- Julia, dwanaście lat, siła.
- Basia, trzynaście lat, siła.
- Zosia, jedenaście lat, skupienie.
- Agnieszka, trzynaście lat, dokładność.
- Maja, dwanaście lat, wewnętrzny spokój.
- Wiktoria, dziesięć lat - mała zamyśliła się głęboko - chyba radość z tego co się robi.
     Podniosłam się z ławki, po czym znalazłam sobie miejsce pomiędzy Zosią i Agnieszką.
- Wasze odpowiedzi na trzecie pytanie były dobre, ale żadna z nich nie była w stu procentach poprawna - stwierdziłam i widząc ich zdziwione miny wyjaśniłam - bo najważniejsza jest drużyna. Owszem, wymienione przez was cechy też są potrzebne, ale nie przydadzą wam się, jeśli nie będziecie miały z kim grać. Jak myślicie, kto ma większe szanse na wygraną, Dorota czy cały team?
 Dziewczynki wymieniły spojrzenia.
- Cały team - przyznały chórem.
- No właśnie. A teraz proponuję mały meczyk.
    Gra toczyła się na dość wysokim poziomie, jednak nie obyło się bez błędów. Za nic nie mogłam wykryć co było ich źródłem, przyczyną.
- Szybciej, zaraz koniec zajęć! - ponagliłam chcąc się dowiedzieć kto wygra.
    Wtedy na salę wpadł mój były trener. Wyglądał na zdenerwowanego. Od razu wiedziałam, co się święci.
- I zaraz mocno mi się dostanie - westchnęłam robiąc minę niewiniątka.
- Alicja, co ty wyprawiasz? Mariusz powiedział, że go wyrzuciłaś!
- Nie prawda! To dziewczyny zdecydowały z kim chcą trenować. Był dla nich nieprzyjemny, więc w pewnym sensie sam się wyrzucił - próbowałam się bronić.
  Mężczyzna przewrócił oczami.
- Rozumiem, że mogłaś się wkurzyć. Faktycznie, jego metody są dość surowe, lecz on się na tym zna!
- A ja niby nie?! - oburzyłam się - Nie wiem czy pamiętasz, ale trzy, ba, prawie cztery razy z rzędu zdobyłam mistrzostwo Polski!
- Ala, przecież ja w ciebie wierzę - trener poklepał mnie po ramieniu - po prostu się martwię.
- Nie ma czego trenerze - posłałam mu szeroki uśmiech.
- Jestem Andrzej. W końcu od teraz pracujemy razem - mężczyzna udał się powoli w stronę drzwi, jednak w ostatniej chwili dodał - i przekaż swoim koleżankom z reprezentacji, że nie lubię gdy się na mnie mówi "stary".
    Roześmiałam się. Wszystkie go tak nazywałyśmy za jego plecami, ale nie sądziłyśmy, że o tym wie. 
"A jednak przed nim nie da się nic ukryć. Nauczyciele słyszą wszystko - coś w tym jest" - pomyślałam i wraz z siatkarkami ruszyłam do szatni.
_____________________________________
Postaram się od teraz dodawać posty w każdy piątek ;) 
Kisses, Marta x

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział 2 "Niedelikatny"

            Dzięki pomocy moich bliskich udało mi się pozbierać, po tym tragicznym dla mnie wypadku.
Po roku rehabilitacji nie miałam już problemów z chodzeniem, jednak wciąż czułam pustkę w sercu. Siatkówka była czymś, z czym chciałam związać całe życie. Któregoś dnia, kiedy przyszłam na trening moich koleżanek, obecnych mistrzyń Polski, trener zaproponował mi bardzo ciekawą pracę.
            - Skoro nie możesz grać, to może zostaniesz tak zwanym "łowcą talentów"? - powiedział zerkając na moją twarz - Przecież widzę jak ci tego brakuje.
            - Może to nie jest zły pomysł - przyznałam.
            Trener wyjął wtedy ze swojej sportowej torby skórzany notes i otworzył mniej więcej w środku.
            - To są młodziczki z naszego klubu - pokazał mi zdjęcie kilku wesołych dziewczynek - Wystarczy tylko, że się rozejrzysz, pokażesz im kilka odbić górą i dołem, a potem zdasz nam relację.
            - Zgoda - odparłam coraz bardziej zainteresowana.
            Trener klepnął mnie po ramieniu.
            - Zaczynasz jutro!
            - Jutro?!
            Wtedy dopiero zaczęłam się trochę obawiać. Przecież kompletnie nie miałam pojęcia o obchodzeniu się z dziećmi.
       Następnego dnia udałam się do hali treningowej, gdzie dziewczyny szkoliły się na profesjonalne siatkarki. Gdy weszłam do środka wszystkie już ostro trenowały. Usiadłam na ławce, wtedy dwie z nich mnie zauważyły. Wysokie szatynka i brunetka, prawdopodobnie przyjaciółki, patrzyły na mnie wzrokiem pełnym zachwytu oraz zdziwienia. Znałam dobrze to spojrzenie. Nieraz zdarzało mi się będąc na przykład   w galerii spotkać na sobie zaskoczone wzroki przechodniów. Myśleli pewnie " co taka mistrzyni Polski robi w zwykłej galerii? I to w tym samym czasie co ja!" Na początku było to denerwujące, z czasem jednak przyzwyczaiłam się. Tak i teraz widząc te dwie małe siatkarki, po prostu uśmiechnęłam się do nich. Odpowiedziały mi tym samym, jednocześnie się szturchając, a potem wróciły do gry.
          W tym momencie na salę wszedł ich trener. Nie wyglądał na miłą osobę.
          - Dzień dobry - rzucił od niechcenia, lecz kiedy mnie zobaczył na jego twarzy zagościł uśmiech.
          - Czyż to nie nasza złota medalistka? - uścisnął moją dłoń, po czym zwrócił się do dziewczynek - Pani Alicja będzie dzisiaj was obserwować, więc proszę nie zróbcie mi wstydu.
         Pan Mariusz, bo takie było jego imię, podzielił je na dwie grupy i rozpoczął się mecz. Dziewczyny radziły sobie niesamowicie, ale trener krzyczał na nie przy każdym najmniejszym błędzie. Metodę tą uważałam za obrzydliwą, jednak wolałam się nie wtrącać. Ale im dłużej patrzyłam na zdołowane miny zawodniczek, tym większą miałam ochotę coś z tym zrobić. Wtedy z pomiędzy nich wyłoniła się malutka, chyba najmniejsza ze wszystkich dziewczynka. Ustawiła się na odpowiednim miejscu i zaserwowała. Piłak trafiła w siatkę.
          - No co to było? - krzyknął poirytowany pan Mariusz - Czy ty kiedyś nauczysz się porządnie grać? Na prawdę nie wiem co ty tu robisz, jesteś beznadziejna!
           Dziewczynka powróciła do grupy i zaczęła płakać. Bez chwili namysłu podeszłam do niej i mocno ją przytuliłam. Ukucnęłam, żeby złapać z nią kontakt wzrokowy, byłam bowiem jakieś pół metra wyższa.
          - Wcale nie jesteś beznadziejna - szepnęłam i wytarłam jej łzy chusteczką. - Według mnie jesteś jedną z najlepszych małych siatkarek.
          Usłyszałam, że ktoś woła moje imię - to był trener.
         - Pani Alicjo - rzekł, gdy znaleźliśmy się w większej odległości- ta dziewczynka pochodzi z gatunku beksowatych. Takie to ryczą przy każdej okazji. Jeżeli chce się wytrenować dobre siatkarki, nie można się nad nimi rozczulać.
        - Ale to tylko dzieci - zaprotestowałam - przy tak sztywnej atmosferze po prostu się zniechęcą, a chyba chodzi o to, żeby lubiły to co robią.
           - Przepraszam, ale to ja tu jestem trenerem - burknął mężczyzna.
           Nie mogłam wytrzymać - wreszcie wybuchłam.
           - Ale to nieludzkie! Te dziewczynki mają talent, trzeba je motywować, nie przygnębiać!
           Na sali zapanowała cisza. Wszystkie wzroki skierowane były w moją stronę.
          - Skoro pani jest taka mądra, to niech pani sama je przygotuje do zawodów, które są już za miesiąc - ryknął wściekły pan Mariusz.   
         - Niech dziewczyny same zdecydują. Poprowadzę z nimi dziś zajęcia i na koniec same wybiorą.
          Odwróciłam się do siatkarek.
         - No to gramy! - zarządziłąm.
      Mecz był na prawdę dobry. Miałam jednak wrażenie, że trochę się krępują, więc starałam się być delikatna.
     - Nie przejmować się! Jedziemy dalej - powiedziałam, kiedy piłka została wybita na aut, przez najmniejszą dziewczynkę.
        - Dlaczego mi nigdy nic nie wychodzi! - pisnęła, po czym znów zaczęła płakać.
        - Mówiłem, że to beksa - mruknął trener.
        Wtedy mała zbiegła z boiska, usiadła na ławce i ukryła twarz w dłoniach.
      - Pograjcie przez chwilę same - powiedziałam do siatkarek. Ukucnęłam obok dziewczynki i pogłaskałam ją po plecach.
        - Nie płacz, przecież nic się nie stało - szepnęłam - jak masz na imię?
     - Wiktoria - odparła podnosząc głowę. Jej duże zielone oczy były pełne łez, a gdy tylko na mnie spojrzała, po prostu nie miałam serca, żeby ją zostawić.
        - Jestem taka beznadziejna - westchnęła
        - Nie prawda. Kto ci tak powiedział?
        - Wszyscy.
        - Koleżanki? - spytałam.
        - Nie.
        - Rodzice?
        Wiktoria pokręciła przecząco głową.
        - Czyli kto?
        - Trener - odparła dziewczynka - krzyczy, że nic nie umiem oraz najgorzej serwuję.
        Aha, czyli tu leży problem.
        - A jak ci udowodnię, że umiesz serwować i to nawet bardzo dobrze - chwyciłam ją za rękę, a potem pociągnęłam w stronę boiska. Stanęłam za Wiktorią, chwytając ją od tyłu za łokcie.
        - Są trzy podstawowe kroki - powiedziałam - Wsadziłam małej piłkę w dłoń.
        - Numer jeden: to jest piłka! Wskazujesz ją swoim koleżankom, więc wyciągasz rękę do przodu.
        Wszystkie dziewczynki z zainteresowaniem przyglądały się naszym ćwiczeniom.
        - Krok drugi: zaraz uderzę piłkę! Teraz pokazujesz ją publiczności. Musisz podrzucić piłkę do góry, żeby wszyscy mogli ją zobaczyć.
        Odchyliłam Wiktorię lekko do tyłu i jednym zgrabnym ruchem popchnęłyśmy spadającą piłkę, która trafiła prosto w boisko po drugiej stronie siatki.
         - I krok trzeci: zdobyłam punkt piłką!
         Siatkarki zaczęły klaskać oraz wiwatować.
        - Każda z was może tak serwować. Stosujcie się tylko do tych trzech kroków.
         Zerknęłam na trenera. Był czerwony ze złości, ponieważ udało mi się zyskać sympatię dziewczynek.
        - No to decydujcie. Chcecie, żeby przygotował was do zawodów porządny, doświadczony trener, czy jakaś amatorka?
       Amatorka?! Mało brakowało, a "amatorka" miałaby na sumieniu zabójstwo! Jak ten człowiek potrafił działać na nerwy! Siatkarki wymieniły spojrzenia i przed szereg wyszła jedna z rudą czupryną.
        - Podjęłyśmy decyzję - oświadczyła.
        
   

sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 1 "Świat w gruzach"

      Pewnie każdy potrafi sobie wyobrazić, jak czuje się sportowiec u szczytu kariery. Mnóstwo propozycji dotyczących sponsorów, zaproszenia na gale, a także całe stosy listów od fanów. Mogę zapewnić, że takie życie, choć ciężkie, jest bardzo przyjemne. Pamiętam, jakby to wszystko działo się wczoraj. Każdy wygrany mecz, każde zdobyte mistrzostwo, ale i każdą porażkę. 
      Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata. Siatkówka była moim życiem. Zawsze z uśmiechem chodziłam na treningi starannie wykonując wszystkie ćwiczenia. Jako kapitan czułam się odpowiedzialna za nastrój panujący w mojej drużynie. Pracowałyśmy ciężko, a cel był jeden - czwarte z kolei mistrzostwo Polski. Odkąd ja i  moja koleżanka Katarzyna Halman dołączyłyśmy do gdańskiego klubu, zaczął on zajmować najwyższe stopnie podium. Stąd też obie byłyśmy najbardziej rozchwytywanymi siatkarkami. Po jakimś czasie jednak Kasia odpuściła. Nie przykładała się do treningów, natomiast ja wkładałam w nie całe serce.    Gdy wygrałyśmy mistrzostwa zostałam wybrana do reprezentacji Polski. 
     Pozycja naszego kraju w porównaniu do poprzedniego sezonu bardzo się podniosła. Okrzyknięto mnie odkryciem roku. Z sezonu na sezon moja siła rosła. Zdobywałam coraz więcej nagród dla najlepszego zawodnika. Ale przejdźmy do rzeczy. 
    Do finału mistrzostw zostały zaledwie dwa tygodnie. Ćwiczyłyśmy i ćwiczyłyśmy nie dając sobie odpoczynku. Czwarte złoto - to by było coś! Po drodze miałyśmy jeszcze kilka meczy do rozegrania, w tym jeden z naszym największym rywalem - Bydgoszczą. Pamiętam dobrze te tłumy kibiców próbujących wepchnąć się na swoje miejsce. Gra była niesamowita! Zacięta i ostra walka tylko dodawała nam mocy. Angelika Ostrowska - kapitan bydgoskiej drużyny zaatakowała wyjątkowo ostro. Piłka leciała prosto na mnie. Skoczyłam do bloku. Udało mi się obronić, mało tego - zdobyłam punkt! W locie jednak zderzyłam się z Kasią, która również chciała zablokować piłkę. Stanęłam na ziemi ledwo łapiąc równowagę. Usłyszałam cichy trzask. Spróbowałam zrobić krok. Wywołało to tylko ogromny ból. Wszystko zrobiło się ciemne. Nie mam pojęcia co stało się potem. Następną rzeczą, którą zobaczyłam był biały fartuch. Mężczyzna w niego odziany uśmiechnął się na mój widok. Spojrzał do jakiejś karty.
- Pani Alicja Iwanowicz? - spytał dla upewnienia.
Kiwnęłam potakująco głową. Rozejrzałam się dookoła.
- Znajduje się pani w szpitalu, ja jestem lekarzem. Ale proszę nie wstawać! Dopiero co miała pani operację.
Operację!? Ta wiadomość mną wstrząsnęła. Powoli zaczęłam sobie wszystko przypominać. Chciałam poruszyć nogą, bez skutku. Lekarz zauważył strach na mojej twarzy.
- Podczas meczu doznała pani kontuzji, która okazała się być naprawdę poważna - wyjaśnił - musieliśmy od razu operować.
- Kiedy będę mogła wrócić do treningów? - zadałam wreszcie pytanie bojąc się odpowiedzi. 
Mężczyzna westchnął.
- Niestety, bardzo mi przykro, ale nie wróci pani już do pełnej sprawności. Będzie pani mogła chodzić, jednak noga może czasem przeszkadzać. Doszło do urazu kręgosłupa, a przy treningach pani stan mógłby się pogorszyć.
     Nie mogłam pojąć tego co mówi do mnie lekarz. Siedziałam jak osłupiała układając sobie to wszystko     w głowie. Mężczyzna wyszedł i po chwili do pokoju wpadli moi rodzice.
- Alusia, jak się czujesz? - zapytała mama głaszcząc mnie po policzku. 
Nie wytrzymałam, wybuchnęłam płaczem. Mój świat się zawalił.

sobota, 29 czerwca 2013

PROLOG


                                     

- Zawodniczki z Gdańska są o krok od wygranej – komentator sportowy krzyczał jak oszalały – tylko jeden punkt i mistrzostwo należy do nich!
Dziewczyna z numerem ósmym chwyciła piłkę, po czym delikatnie uderzyła nią o podłogę. 
Nie czuła się pewnie. Posłała mi przerażone spojrzenie, jakby błagając o pomoc.
- Nie daj się! Jesteś najlepsza – powiedziałam głośno próbując rozwiać jej obawy.
Jednak nawet dla mnie to wszystko było za dużym stresem. Skrzyżowałam ręce i wlepiłam wzrok w podłogę. Usłyszałam mocne uderzenie w piłkę, następnie mnóstwo kroków, a później…tylko głośny pisk! Podniosłam głowę.
- I tak jednym genialnym serwem Gdańszczanki zdobyły mistrzostwo! – podsumował komentator.
Dziewczyny podbiegły do mnie. Wykonałyśmy wspólny uścisk. Spojrzałam na nie wszystkie z dumą oraz wzruszeniem. Na ich twarzach panowało dokładnie to samo szczęście, co tamtego pamiętnego wieczora. 
Tylko, że wtedy były jeszcze takie małe...