Sprawdziły się moje najgorsze obawy, a mianowicie: Malbork zwyciężył. Oznaczało to, że właśnie z tą drużyną zmierzymy się w finale.
- Możecie z nimi wygrać, to nie jest niemożliwe. Trzeba tylko się skupić - próbował podnieść mnie na duchu Leszek.
Zorganizowaliśmy tego dnia wspólny trening. Dziewczynki rozgrywały sobie towarzyski mecz, ja w tym czasie obmyślałam plan na finał z Leszkiem, Andrzejem oraz Dawidem, który mógł być już Dawidem. Okazało się bowiem, że trener Sopotu i Mariusz znają się od podstawówki.
- Nie myślcie tylko, że jesteśmy przyjaciółmi - uprzedził od razu Leszek - nigdy nie lubiłem tego typa.
Przez tę ich długą znajomość szybko zauważył, że Mariusz-Dawid nie jest prawdziwym Mariuszem. A sztuczne wąsy jedynie go w tym przekonaniu umocniły. Tak więc opowiedziałam mu całą historię o tym, jak zostałam nieoficjalną trenerką.
- Zachowanie typowe dla tego barana - mruknął po wysłuchaniu opowieści - panie Andrew, ma pan może jakąś sekretną technikę, którą mógłby się pan z nami podzielić?
Andrzej najwyraźniej poczuł się trochę zmieszany. Zaczął nerwowo uderzać palcami o ławkę, jakby mocno się nad czymś zastanawiał.
- W zasadzie to...nie. Moje dziewczyny grają bez cudowania. Powtarzam im tylko, że najważniejsza jest drużyna.
Ostatnie wyrazy wypowiedziałam razem z nim. "Najważniejsza jest drużyna" - zdanie, które przez kilka lat słyszałam dzień w dzień. Przed treningiem, w czasie treningu, po treningu, na mistrzostwach, po mistrzostwach - zawsze.
- I tego się trzymajmy - z rozmyślań wyrwał mnie Leszek - zgoda, pani Alu?
- A ja to już nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie? - męski głos rozniósł się po całej hali. Dziewczynki stanęły jak osłupiałe, a moje serce zamarło.
- Jeśli mnie pamięć nie myli, to odmówiłeś współpracy z klubem - burknął Andrzej, który chyba jako jedyny nie przejął się niespodziewaną wizytą Mariusza.
- No właśnie - Krupski zatrzymał się na przeciwko mnie - odmówiłem, a pomimo to przyszedłem na ostatni mecz. Zdjęcia ze mną w tle widnieją na pierwszej stronie gdańskiej gazety. Najśmieszniejsze jest jednak to, że nic z tego nie pamiętam. Jakbym to w ogóle nie był ja...
Jego twarz znalazła się w niebezpiecznie bliskiej odległości. Miałam wrażenie, że zaraz się na mnie rzuci i wbije kły w moją szyję niczym wampir. Albo jeszcze gorzej.
- Musieliśmy coś zrobić- powiedziałam odsuwając się od mężczyzny, żeby przypadkiem nie paść ofiarą Mariuszowego ataku furii. Ten jednak milczał.
- To już nie chodzi o nas, tylko o dziewczyny. Nie możemy pozwolić by przez nasze kłótnie straciły swoją szansę na sukces - wytłumaczyłam.
- Widzę, że naprawdę ci na tym zależy - Mariusz uśmiechnął się pod wąsem - czego więc ode mnie oczekujesz?
- Żebyś zabrał siatkarki na finał. Jeśli chcesz to zapłacę - spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem.
Mężczyzna wziął mnie na bok, żeby nikt nas nie słyszał.
- Ale nie będę się w to mieszał. Ty rządzisz, ja stoję i ładnie wyglądam - jego ton zupełnie nie przypominał Mariusza, którego wszyscy znaliśmy. Nie był ostry ani nieprzyjemny. Przeciwnie - rozmawiał ze mną całkiem łagodnie.
- A pieniądze zostaw na opłacenie autokaru. Do mojego auta się nie zmieścimy- mrugnął okiem, po czym przybrał z powrotem swoją przerażającą minę i wyszedł z sali.
Byłam w szoku. Nie ruszałam się z miejsca wciąż słysząc wesoły głos Mariusza. Dziewczynki, potem Dawid z Leszkiem i w końcu Andrzej skupili się wokół mnie powtarzając "i co? i co?"/
- Jak to co? Jedziemy na finał! - ogłosiłam uradowana.
Teraz całą halę ogarnął krzyk, pisk i tupot, inaczej mówiąc: euforia.
Nawet osoba o tak zimnym sercu jak Mariusz potrafi dać z siebie odrobinę dobra. Skoro cuda się zdarzają to może i damy radę wygrać najbliższy mecz?
___________________________
Mokrego dyngusa - jeszcze jeden rozdział!
Z najlepszymi życzeniami (i co z tego, że to było wczoraj!) dla mojej ulubionej siatkarki ;))
SIATKÓWKA PONAD WSZYSTKO
Wspaniałe jest życie na szczycie. Czasami jednak coś nas z tego szczytu zrzuca - i to bez możliwości powrotu. Ale czy każdy umie sobie z tym poradzić?
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Rozdział 12 "Pierwszy mecz za nami"
Na sali zapanowała grobowa cisza. Dopiero po chwili dało się usłyszeć szepty:
- Mariusz czy nie Mariusz?
- Jeśli Mariusz to co tu robi?
- Niemożliwe, że to on. Chociaż może?
Wreszcie Julka jako jedyna odważyła się podejść do tajemniczego człowieka, który mógł być ich starym trenerem.
- To nie on - oznajmiła kiedy stała już naprawdę blisko - Mariusz ma krzaczaste brwi. Moja mama jest kosmetyczką, więc przez nią zwracam uwagę na takie rzeczy.
- Mógł sobie wydłubać - próbowałam podpuścić dziewczynkę.
- Przecież to nie baba!
- Brawo za spostrzegawczość - przybiłyśmy z Julią piątkę.
Po wtajemniczeniu siatkarek w plan zrobiłyśmy jeszcze małe poprawki w przebraniu Dawida. Później wróciłyśmy do ćwiczeń.
Dni mijały tak szybko, że nawet nie zauważyłyśmy kiedy z dwóch tygodni zrobiły się dwie godziny. Dziewczyny rozgrzewały się na sopockiej sali, ja w tym czasie rozmawiałam z Dawidem. Wtedy podszedł do nas jakiś mężczyzna.
- Jak mi miło powitać u nas pana Mariusza Krupskiego.
- Mnie też jest strasznie miło - odparł Mariusz (a w zasadzie Dawid).
- Nazywam się Leszek Wojtczak i jestem, jak pewnie pan wie, trenerem sopocianek. A co tutaj sprowadza panią Alicję Iwanowicz? - zwrócił się w moją stronę.
- Wspieram drużynę z Gdańska - powiedziałam wymuszając uśmiech.
Na boisko wpadły siatkarki z przeciwnej drużyny. Muszę przyznać, że byłam w szoku. Spodziewałam się ogromnych, zarozumiałych modelek, a te dziewczynki wyglądały zupełnie jak moje, po prostu - normalnie. Od razu przywitały się z nami życząc powodzenia.
- Jakie słodkie - wyrwało mi się.
- Ale my jesteśmy fajniejsze, co nie? - spytała Wiktoria wystraszonym głosem.
- Bez porównania - odpowiedziałam i chcąc dodać jej otuchy krzyknęłam - jesteście najlepsze!
Na sali pojawili się sędziowie. Rozpoczął się mecz. Walka była zacięta, jednak dziewczyny nie odczuwały presji. Dla obu drużyn była to po prostu świetna zabawa. Pierwszy set był nasz, dwa kolejne sopocianek, czwarty znowu wygrany przez nas.
- No to mamy tie-break - podsumowałam - teraz zamień Julię na Dodzię.
Dawid podniósł brwi do góry.
- Przecież Julka świetnie sobie radzi!
- Ale jest zmęczona. Zaufaj mi- powiedziałam po cichu.
- Nie jestem przekonany...
- Dawid! - upomniałam go, że to ja tu rządzę.
Ludzie z tyłu, prawdopodobnie rodzice sopocianek zwrócili wzrok ku nam.
- To znaczy...Mariusz! - poprawiłam się.
Mariusz (Dawid) trochę niechętnie zmienił Julię. Na boisko z dumą wkroczyła Dorota. Dziewczyny grały bardzo dobrze.
- Trzynaście dla Sopotu, czternaście dla Gdańska - oznajmił sędzia.
Dodźka pokazała język bratu, gdyż połowę z tych punktów zdobyła swoim atakiem. Udała się za linię razem z piłką i przymierzyła się do zagrywki. Uderzyła w piłkę, a wyglądało to jakby w ten jeden ruch włożyła całe serce. Widziałam, że było to bardzo silne uderzenie.
- Oby nie na out- pisnęłam zaciskając kciuki.
Piłka spadła...no właśnie, gdzie ona spadła? Sędziowie też nie mieli pewności. Zaczęli się naradzać, lekko sprzeczać.
- Musimy sprawdzić na naszej kamerze gdzie wylądowała piłka - rzekł głowny sędzia i opuścił stanowisko.
Dziewczynki nieco zdziwione stały na boisku nie wiedząc co robić. Po chwili jednak mężczyzna wrócił. Stanął na swoim miejscu, po czym wskazał na moje siatkarki.
- Punkt dla gdańszczanek. Koniec meczu - powiedział.
- Wygrałyśmy! - krzyknęła Agnieszka.
Nie mogłam w to uwierzyć. Już miałam podbiec do dziewczyn kiedy przypomniało mi się o sopociankach. Spojrzałam na nie kątem oka. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie były złe czy smutne. Przeciwnie - przedostały się na drugą stronę siatki i zaczęły nam gratulować śmiejąc się przy tym, jakby zwycięstwo należało do nich.
- Jesteśmy sąsiadami, więc musimy się wzajemnie wspierać - stwierdziła jedna z sopocianek.
Przyznałam jej rację.
- To był najwspanialszy mecz w moim życiu - wyznała mi później Wiktoria.
- Czeka cię jeszcze milion lepszych. Ale cieszę się, ze ci się podobało - odparłam.
Zakończyliśmy ten dzień pełen wrażeń rurkami z bitą śmietaną, na które zaprosił nas Leszek. Podczas gdy zajadaliśmy się przysmakami stało się coś, czego nikt nie przewidział. Dawidowi (który jeszcze wtedy był Mariuszem) przykleiła się rurka do wąsów. Po kilku próbach udało mu się ją oderwać, ale niestety wąsiska też. Leszek na początku przyglądał się Dawidowi, a po chwili rzekł:
- Od początku wiedziałem!
________________________
Wreszcie zmobilizowałam się by coś napisać. Wesołych Świąt, oto dwa rozdziały ;)
- Mariusz czy nie Mariusz?
- Jeśli Mariusz to co tu robi?
- Niemożliwe, że to on. Chociaż może?
Wreszcie Julka jako jedyna odważyła się podejść do tajemniczego człowieka, który mógł być ich starym trenerem.
- To nie on - oznajmiła kiedy stała już naprawdę blisko - Mariusz ma krzaczaste brwi. Moja mama jest kosmetyczką, więc przez nią zwracam uwagę na takie rzeczy.
- Mógł sobie wydłubać - próbowałam podpuścić dziewczynkę.
- Przecież to nie baba!
- Brawo za spostrzegawczość - przybiłyśmy z Julią piątkę.
Po wtajemniczeniu siatkarek w plan zrobiłyśmy jeszcze małe poprawki w przebraniu Dawida. Później wróciłyśmy do ćwiczeń.
Dni mijały tak szybko, że nawet nie zauważyłyśmy kiedy z dwóch tygodni zrobiły się dwie godziny. Dziewczyny rozgrzewały się na sopockiej sali, ja w tym czasie rozmawiałam z Dawidem. Wtedy podszedł do nas jakiś mężczyzna.
- Jak mi miło powitać u nas pana Mariusza Krupskiego.
- Mnie też jest strasznie miło - odparł Mariusz (a w zasadzie Dawid).
- Nazywam się Leszek Wojtczak i jestem, jak pewnie pan wie, trenerem sopocianek. A co tutaj sprowadza panią Alicję Iwanowicz? - zwrócił się w moją stronę.
- Wspieram drużynę z Gdańska - powiedziałam wymuszając uśmiech.
Na boisko wpadły siatkarki z przeciwnej drużyny. Muszę przyznać, że byłam w szoku. Spodziewałam się ogromnych, zarozumiałych modelek, a te dziewczynki wyglądały zupełnie jak moje, po prostu - normalnie. Od razu przywitały się z nami życząc powodzenia.
- Jakie słodkie - wyrwało mi się.
- Ale my jesteśmy fajniejsze, co nie? - spytała Wiktoria wystraszonym głosem.
- Bez porównania - odpowiedziałam i chcąc dodać jej otuchy krzyknęłam - jesteście najlepsze!
Na sali pojawili się sędziowie. Rozpoczął się mecz. Walka była zacięta, jednak dziewczyny nie odczuwały presji. Dla obu drużyn była to po prostu świetna zabawa. Pierwszy set był nasz, dwa kolejne sopocianek, czwarty znowu wygrany przez nas.
- No to mamy tie-break - podsumowałam - teraz zamień Julię na Dodzię.
Dawid podniósł brwi do góry.
- Przecież Julka świetnie sobie radzi!
- Ale jest zmęczona. Zaufaj mi- powiedziałam po cichu.
- Nie jestem przekonany...
- Dawid! - upomniałam go, że to ja tu rządzę.
Ludzie z tyłu, prawdopodobnie rodzice sopocianek zwrócili wzrok ku nam.
- To znaczy...Mariusz! - poprawiłam się.
Mariusz (Dawid) trochę niechętnie zmienił Julię. Na boisko z dumą wkroczyła Dorota. Dziewczyny grały bardzo dobrze.
- Trzynaście dla Sopotu, czternaście dla Gdańska - oznajmił sędzia.
Dodźka pokazała język bratu, gdyż połowę z tych punktów zdobyła swoim atakiem. Udała się za linię razem z piłką i przymierzyła się do zagrywki. Uderzyła w piłkę, a wyglądało to jakby w ten jeden ruch włożyła całe serce. Widziałam, że było to bardzo silne uderzenie.
- Oby nie na out- pisnęłam zaciskając kciuki.
Piłka spadła...no właśnie, gdzie ona spadła? Sędziowie też nie mieli pewności. Zaczęli się naradzać, lekko sprzeczać.
- Musimy sprawdzić na naszej kamerze gdzie wylądowała piłka - rzekł głowny sędzia i opuścił stanowisko.
Dziewczynki nieco zdziwione stały na boisku nie wiedząc co robić. Po chwili jednak mężczyzna wrócił. Stanął na swoim miejscu, po czym wskazał na moje siatkarki.
- Punkt dla gdańszczanek. Koniec meczu - powiedział.
- Wygrałyśmy! - krzyknęła Agnieszka.
Nie mogłam w to uwierzyć. Już miałam podbiec do dziewczyn kiedy przypomniało mi się o sopociankach. Spojrzałam na nie kątem oka. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie były złe czy smutne. Przeciwnie - przedostały się na drugą stronę siatki i zaczęły nam gratulować śmiejąc się przy tym, jakby zwycięstwo należało do nich.
- Jesteśmy sąsiadami, więc musimy się wzajemnie wspierać - stwierdziła jedna z sopocianek.
Przyznałam jej rację.
- To był najwspanialszy mecz w moim życiu - wyznała mi później Wiktoria.
- Czeka cię jeszcze milion lepszych. Ale cieszę się, ze ci się podobało - odparłam.
Zakończyliśmy ten dzień pełen wrażeń rurkami z bitą śmietaną, na które zaprosił nas Leszek. Podczas gdy zajadaliśmy się przysmakami stało się coś, czego nikt nie przewidział. Dawidowi (który jeszcze wtedy był Mariuszem) przykleiła się rurka do wąsów. Po kilku próbach udało mu się ją oderwać, ale niestety wąsiska też. Leszek na początku przyglądał się Dawidowi, a po chwili rzekł:
- Od początku wiedziałem!
________________________
Wreszcie zmobilizowałam się by coś napisać. Wesołych Świąt, oto dwa rozdziały ;)
Rozdział 11 "Plan"
- Ty?!
- Ty?!
- To wy się znacie? - spytał wielce zdziwiony Dawid.
- Alicja jest moją trenerką - odparła Dorota, a wyglądała jakby zaraz miała wybuchnąć.
- Z tego co pamiętam twoim trenerem był mężczyzna. Żadnej ślicznotki tam nie widziałem - chłopak odgarnął mi włosy z twarzy.
Dodzia nie wytrzymała.
- Nienawidzę was! - krzyknęła, po czym uciekła w głąb galerii.
- Pogadam z nią - szepnęłam Dawidowi do ucha i ruszyłam za dziewczyną.
Znalazłam ją na ławce obok salonu fryzjerskiego całą zapłakaną.
- Dodzia, co się dzieje? - zapytałam delikatnie, siadając przy niej.
- Naprawdę nie wiesz? Kradniesz mi brata! - kolejne łzy popłynęły z oczu dziewczyny.
Objęłam ją ramieniem.
- Ja wcale nie zabieram ci Dawida. Przecież jesteś jego siostrą, on cię bardzo kocha. Jesteś dla niego naprawdę ważna.
- Tak, jasne! - burknęła Dorota z ironią - Nigdy nie ma dla mnie czasu i bez przerwy gada o tobie- faktycznie, brat marzeń!
- Ale on chce się zmienić. Poszedł nawet z tobą na zakupy, żebyście spędzili ten dzień razem.
Dziewczyna dalej nie była przekonana.
- Dawidowi zależy na lepszym kontakcie z tobą. Mówił mi - powiedziałam, a Dorota westchnęła głęboko.
- Ciebie by nie okłamał - przyznała i lekko się uśmiechnęła - serio się w nim zakochałaś?
To pytanie zaskoczyło mnie, a także zawstydziło. Nie chciałam pokazywać jak bardzo zależy mi na jej bracie, ani żeby pomyślała iż jest mi on obojętny. Na szczęście dziewczynie nie zależało na odpowiedzi.
- Nie wiem co ty w nim widzisz - stwierdziła przerywając moje rozmyślania na temat uczucia, którym darzę Dawida - nawet nie jest przystojny. Tylko go ogolić, doczepić wąsy, a wyglądałby jak ten pacan Mariusz.
Wyobraziłam sobie chłopaka bez jego blond włosów natomiast z ogromnymi wąsiskami. Faktycznie, był łudząco podobny do trenera. Nagle w głowie zaświtał mi pomysł.
- Dodźka, jesteś genialna! - krzyknęłam.
- Nie bardzo rozumiem - odparła Dorota chyba próbując przypomnieć sobie co zrobiła przez ostatnie kilka sekund.
- Zaraz ci wyjaśnię. Trzeba najpierw ściągnąć twojego brata - rzekłam wyjmując z torby komórkę.
- Ty?!
- To wy się znacie? - spytał wielce zdziwiony Dawid.
- Alicja jest moją trenerką - odparła Dorota, a wyglądała jakby zaraz miała wybuchnąć.
- Z tego co pamiętam twoim trenerem był mężczyzna. Żadnej ślicznotki tam nie widziałem - chłopak odgarnął mi włosy z twarzy.
Dodzia nie wytrzymała.
- Nienawidzę was! - krzyknęła, po czym uciekła w głąb galerii.
- Pogadam z nią - szepnęłam Dawidowi do ucha i ruszyłam za dziewczyną.
Znalazłam ją na ławce obok salonu fryzjerskiego całą zapłakaną.
- Dodzia, co się dzieje? - zapytałam delikatnie, siadając przy niej.
- Naprawdę nie wiesz? Kradniesz mi brata! - kolejne łzy popłynęły z oczu dziewczyny.
Objęłam ją ramieniem.
- Ja wcale nie zabieram ci Dawida. Przecież jesteś jego siostrą, on cię bardzo kocha. Jesteś dla niego naprawdę ważna.
- Tak, jasne! - burknęła Dorota z ironią - Nigdy nie ma dla mnie czasu i bez przerwy gada o tobie- faktycznie, brat marzeń!
- Ale on chce się zmienić. Poszedł nawet z tobą na zakupy, żebyście spędzili ten dzień razem.
Dziewczyna dalej nie była przekonana.
- Dawidowi zależy na lepszym kontakcie z tobą. Mówił mi - powiedziałam, a Dorota westchnęła głęboko.
- Ciebie by nie okłamał - przyznała i lekko się uśmiechnęła - serio się w nim zakochałaś?
To pytanie zaskoczyło mnie, a także zawstydziło. Nie chciałam pokazywać jak bardzo zależy mi na jej bracie, ani żeby pomyślała iż jest mi on obojętny. Na szczęście dziewczynie nie zależało na odpowiedzi.
- Nie wiem co ty w nim widzisz - stwierdziła przerywając moje rozmyślania na temat uczucia, którym darzę Dawida - nawet nie jest przystojny. Tylko go ogolić, doczepić wąsy, a wyglądałby jak ten pacan Mariusz.
Wyobraziłam sobie chłopaka bez jego blond włosów natomiast z ogromnymi wąsiskami. Faktycznie, był łudząco podobny do trenera. Nagle w głowie zaświtał mi pomysł.
- Dodźka, jesteś genialna! - krzyknęłam.
- Nie bardzo rozumiem - odparła Dorota chyba próbując przypomnieć sobie co zrobiła przez ostatnie kilka sekund.
- Zaraz ci wyjaśnię. Trzeba najpierw ściągnąć twojego brata - rzekłam wyjmując z torby komórkę.
* * *
- Nie ma mowy! Zwariowałyście! - jęczał Dawid, kiedy próbowałyśmy wepchnąć go do salonu fryzjerskiego.
- Marudzisz! Na co ci włosy, łyse jest teraz w modzie - Dorota wykorzystując nieuwagę chłopaka odczepiła jego dłoń od drzwi - właź, pomożesz nam!
- Ale mnie nie obchodzi co jest modne! Uwielbiam moją czuprynę i nie mam zamiaru się jej pozbywać.
Mój plan był prosty. Przebierzemy Dawida za Mariusza i pojedziemy z nim na zawody. Ja natomiast wystąpię jako pomocnik. Wszystko poszłoby gładko gdyby tylko Dawid grzecznie pozwolił zgolić sobie głowę. Ten jednak stawiał opór. Właśnie dlatego każdy przechodzący obok fryzjera człowiek zatrzymywał się choć na chwilę, aby popatrzyć na nasze przepychanki w progu.
- Mała, wbijasz mi się w plecy - wrzeszczał chłopak do siostry dalej jedną ręką trzymając się drzwi.
- Nie jestem mała, mam metr siedemdziesiąt!
- A ja metr osiemdziesiąt trzy, więc widzę czubek twojej głowy, czubku!
- A ja prawie metr dziewięćdziesiąt i też widzę wasze czubki - wtrąciłam się.
- A ja mam dwa metry dziesięć i mogę wam wszystkim na te czubki napluć. Kto pobije? - mruknął ktoś, jak się okazało ochroniarz galerii - wynocha z przejścia!
Jednym ruchem odepchnął nas, nawet przyklejonego do drzwi Dawida i ostrzegł, żebyśmy "więcej takich numerów nie odstawiali".
Usiedliśmy na ławce - ja i Dodźka załamane, Dawid z ulgą. Wtedy podeszła do nas kobieta w stroju czarownicy. Wręczyła nam ulotkę skrzecząc:
- Odwiedźcie nasz skep z kostiumami! Mamy stroje tradycyjne, wodoodporne, słodkie, a także upiorne!
- Super - burknęła Dorota - zdalibyście się na coś gdybyście mieli łyse peruki.
- Ależ mamy! - odrzekła czarownica - dla białoskórego, czarnoskórego, żółtoskórego, a i dla Marsjanina się coś znajdzie.
Razem z Dodzią zerwałyśmy się z miejsc. Pokazała się nadzieja na wcielenie mojego planu w życie. Uradowane ruszyłyśmy za wiedźmą. Tylko Dawid ciągnął się za nami klnąc pod nosem.
piątek, 10 stycznia 2014
Rozdział 10 "komplikacje"
- No to klops - mruknęłam pod nosem sama do siebie.
- Klops?! Możemy stracić szansę na wygranie mistrzostw województwa, a potem i Polski, a dla ciebie to tylko "klops"? - oburzył się Andrzej - Czy ty mnie aby uważnie słuchałaś?
- Tak! - odparłam przewracając oczami - i mnie też się to nie podoba, ale nie należy popadać w panikę. Na pewno da się to jakoś odkręcić.
Podczas uzgadniania terminu półfinału pojawił się jeden problem, a mianowicie - brak Mariusza. Był on zgłoszony jako trener drużyny z Gdańska. Niestety po naszej kłótni mężczyzna odmówił współpracy z klubem.
- No nie jestem taki przekonany - Andrzej powrócił do swojego normalnego głosu - regulamin jasno mówi, że na wszystkich zawodach oraz zjazdach musi pojawić się oficjalny trener. O zastępstwach nie ma mowy, jedynie w przypadku poważnej choroby.
- To nie możemy czegoś zmyślić? Na przykład, że Mariusz jest w szpitalu? - spytałam.
- A co zrobisz jak zechcą to sprawdzić?
Miał rację, ten pomysł odpada. Zamyśliłam się głęboko.
- Czy ci ludzie znają Mariusza?
- Z tego co wiem sędziowie będą inni niż na pierwszym etapie, więc raczej nie - odparł Andrzej.
- A publiczność będzie?
- Jeszcze nie teraz. Powiesz wreszcie o co chodzi?
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Z twoją pomocą uda mi się ściągnąć Mariusza, albo raczej jego podróbkę!
Andrzej westchnął i położył mi rękę na ramieniu.
- Czasem naprawdę się ciebie boję - powiedział śmiejąc się.
Nazajutrz z rana udałam się do galerii, gdyż w mojej lodówce aż świeciło pustkami. Wkładałam właśnie warzywa do koszyka, gdy nagle ktoś zasłonił mi oczy.
- Zgadnij kto?
- Wiem, że to ty, Dawid!
Chłopak opuścił dłonie tak, że znowu mogłam wszystko widzieć.
- Gdziekolwiek nie pójdę zawsze spotykam ciebie na drodze - rzekłam wesoło odwracając się w jego stronę.
- Jestem na zakupach z siostrą - wytłumaczył Dawid - skorzystałem z twojej rady i próbuję spędzać z nią więcej czasu. Bardzo chętnie ci ją przedstawię. O, właśnie tu idzie!
Chłopak pomachał w kierunku działu z pieczywem. Spośród regałów wyłoniła się wysoka, szczupła postać. Gdy zbliżyła się do nas, po prostu nie mogłam uwierzyć własny m oczom. I najwyraźniej ona też nie.
______________________________________
Hejo! Tak, z systematycznością u mnie kiepsko :P Do tego jeszcze nie mogłam znaleźć drugiego zeszytu (wtajemniczeni wiedzą;)). Buźka x
- Klops?! Możemy stracić szansę na wygranie mistrzostw województwa, a potem i Polski, a dla ciebie to tylko "klops"? - oburzył się Andrzej - Czy ty mnie aby uważnie słuchałaś?
- Tak! - odparłam przewracając oczami - i mnie też się to nie podoba, ale nie należy popadać w panikę. Na pewno da się to jakoś odkręcić.
Podczas uzgadniania terminu półfinału pojawił się jeden problem, a mianowicie - brak Mariusza. Był on zgłoszony jako trener drużyny z Gdańska. Niestety po naszej kłótni mężczyzna odmówił współpracy z klubem.
- No nie jestem taki przekonany - Andrzej powrócił do swojego normalnego głosu - regulamin jasno mówi, że na wszystkich zawodach oraz zjazdach musi pojawić się oficjalny trener. O zastępstwach nie ma mowy, jedynie w przypadku poważnej choroby.
- To nie możemy czegoś zmyślić? Na przykład, że Mariusz jest w szpitalu? - spytałam.
- A co zrobisz jak zechcą to sprawdzić?
Miał rację, ten pomysł odpada. Zamyśliłam się głęboko.
- Czy ci ludzie znają Mariusza?
- Z tego co wiem sędziowie będą inni niż na pierwszym etapie, więc raczej nie - odparł Andrzej.
- A publiczność będzie?
- Jeszcze nie teraz. Powiesz wreszcie o co chodzi?
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Z twoją pomocą uda mi się ściągnąć Mariusza, albo raczej jego podróbkę!
Andrzej westchnął i położył mi rękę na ramieniu.
- Czasem naprawdę się ciebie boję - powiedział śmiejąc się.
Nazajutrz z rana udałam się do galerii, gdyż w mojej lodówce aż świeciło pustkami. Wkładałam właśnie warzywa do koszyka, gdy nagle ktoś zasłonił mi oczy.
- Zgadnij kto?
- Wiem, że to ty, Dawid!
Chłopak opuścił dłonie tak, że znowu mogłam wszystko widzieć.
- Gdziekolwiek nie pójdę zawsze spotykam ciebie na drodze - rzekłam wesoło odwracając się w jego stronę.
- Jestem na zakupach z siostrą - wytłumaczył Dawid - skorzystałem z twojej rady i próbuję spędzać z nią więcej czasu. Bardzo chętnie ci ją przedstawię. O, właśnie tu idzie!
Chłopak pomachał w kierunku działu z pieczywem. Spośród regałów wyłoniła się wysoka, szczupła postać. Gdy zbliżyła się do nas, po prostu nie mogłam uwierzyć własny m oczom. I najwyraźniej ona też nie.
______________________________________
Hejo! Tak, z systematycznością u mnie kiepsko :P Do tego jeszcze nie mogłam znaleźć drugiego zeszytu (wtajemniczeni wiedzą;)). Buźka x
piątek, 6 grudnia 2013
Rozdział 9 "...a może i ktoś więcej?"
Nawet nie zauważyłam kiedy nastała noc. Zerknęłam na zegarek Dawida. Wskazywał dziesiątą trzydzieści trzy.
- Chyba powinnam już wracać - powiedziałam - z rana muszę być na hali treningowej.
Oboje wstaliśmy z miejsc, po czym ruszyliśmy do wyjścia. Chłopak złapał za klamkę.
- Zamknięte - stwierdził.
- Jak to zamknięte!?
- No drzwi się zatrzasnęły.
- I co teraz? - powoli zaczynałam panikować. W końcu groziło nam utknięcie na całą noc, na ostatnim piętrze wysokiego biurowca.
- Trzeba wpisać kod - Dawid wskazał na małą klawiaturkę.
- A znasz ten kod?
Wyjął komórkę z kieszeni i zajrzał w notatki.
- Mam! Kodem jest dzień urodzin mojej siostry. Siedemnastego czerwca.
- Ale jesteś pewien? - spytałam wiedząc, że większość mężczyzn na ogół nie pamięta dat urodzin.
- Przecież to moja siostra! A poza tym mam zapisane w telefonie.
Chłopak zbliżył się do klawiatury i zaczął wpisywać cyfry.
- Siedemnastego czerwca. Jeden, siedem, zero,pięć.
- Czerwiec to "zero, sześć"! - krzyknęłam, ale było już za późno.
Alarm zawył jak oszalały. Dawid cofnął się kilka kroków, po czym jednym zgrabnym ruchem wyważył drzwi. Zaczęliśmy uciekać. Nie było czasu by czekać na windę, więc postanowiliśmy zbiec po schodach. Dotarliśmy już do głównego wejścia, gdy nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
- Żadnych gwałtownych ruchów - rzekła postać za mną, która okazała się być ochroniarzem.
- Chyba powinnam już wracać - powiedziałam - z rana muszę być na hali treningowej.
Oboje wstaliśmy z miejsc, po czym ruszyliśmy do wyjścia. Chłopak złapał za klamkę.
- Zamknięte - stwierdził.
- Jak to zamknięte!?
- No drzwi się zatrzasnęły.
- I co teraz? - powoli zaczynałam panikować. W końcu groziło nam utknięcie na całą noc, na ostatnim piętrze wysokiego biurowca.
- Trzeba wpisać kod - Dawid wskazał na małą klawiaturkę.
- A znasz ten kod?
Wyjął komórkę z kieszeni i zajrzał w notatki.
- Mam! Kodem jest dzień urodzin mojej siostry. Siedemnastego czerwca.
- Ale jesteś pewien? - spytałam wiedząc, że większość mężczyzn na ogół nie pamięta dat urodzin.
- Przecież to moja siostra! A poza tym mam zapisane w telefonie.
Chłopak zbliżył się do klawiatury i zaczął wpisywać cyfry.
- Siedemnastego czerwca. Jeden, siedem, zero,pięć.
- Czerwiec to "zero, sześć"! - krzyknęłam, ale było już za późno.
Alarm zawył jak oszalały. Dawid cofnął się kilka kroków, po czym jednym zgrabnym ruchem wyważył drzwi. Zaczęliśmy uciekać. Nie było czasu by czekać na windę, więc postanowiliśmy zbiec po schodach. Dotarliśmy już do głównego wejścia, gdy nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
- Żadnych gwałtownych ruchów - rzekła postać za mną, która okazała się być ochroniarzem.
* * *
- Panie władzo, proszę nas puścić - jęknął Dawid szarpiąc za kraty.
- Uspokój się młodzieńcze. Musicie się nauczyć, że nie ładnie się tak wkradać do czyjegoś budynku - ochroniarz zaśmiał się przebiegle - ile wy macie lat, osiemnaście?
- Ja mam dwadzieścia sześć lat! - krzyknął Dawid - a to biurowiec mojego ojca!
- Trele morele! Już wielu tu takich "synków" było. Lepiej weź przykład z koleżanki i siedź cicho - strażnik wyszedł z pomieszczenia.
Chłopak zaczął szarpać kraty.
- To bez sensu - mruknęłam siadając na ławce- daj spokój Dawid, nie wygrasz z nim.
Zdenerwowany kopnął papierek leżący na podłodze.
- Przepraszam, że wciągnąłem cię w to bagno - powiedział ze zwieszoną głową.
- Nic nie szkodzi - podeszłam do niego po cichu.
Jego błękitne oczy wpatrzone były w dal. Kiedy jednak zauważył mnie obok przysunął się bliżej. Nasze twarze znalazły się w minimalnej odległości. Ale nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie - czułam się wspaniale. I wtedy nasze usta się spotkały.
Nagle ktoś otworzył drzwi. Odruchowo oddaliliśmy się od siebie.
- No gołąbeczki! Macie szczęście - rzekł ochroniarz, już nie ten sam.
- Rafał, jak dobrze, że jesteś! - ucieszył się Dawid na widok znajomego strażnika.
- Jeszcze panienkę za sobą wciągnąłeś - mężczyzna przyjrzał mi się - i to nie byle jaką! Toż to Alicja Iwanowicz, kilkukrotna mistrzyni Polski w siatkówce.
- Błagam nie mów nic ojcu - poprosił chłopak skruszonym głosem.
- Tylko jeśli dostanę od tej panienki autograf - uśmiechnął się pan Rafał.
Podpisałam się mu na kartce leżącej na biurku i razem z Dawidem udaliśmy się na zewnątrz.
- Jeszcze raz cię przepraszam - szepnął mi do ucha.
- Nie przepraszaj - zaśmiałam się - to była świetna przygoda. Jeszcze nigdy nie całowałam się w więzieniu.
- Bo chyba nigdy nie byłaś w więzieniu - powiedział Dawid stukając mnie po przyjacielsku w ramię. Pożegnaliśmy się i poszliśmy w swoją stronę.
Następnego dnia, a w zasadzie tego samego, na treningu byłam nieprzytomna. Ledwo trzymałam się na nogach.
- Ala, co ci jest? - pytały dziewczynki, jednak ja tłumaczyłam swoje zachowanie ciężką nocą.
- Miałam problemy ze snem - odpowiadałam, ale siatkarek to nie przekonywało.
- Znam sposób, żeby dowiedzieć się prawdy - rzekła Julka i już po chwili trzymała w ręku mój telefon. Nie zdążyłam nawet zareagować.
- Ostatnie połączenia: Dawid, Dawid, Andrzej, Dawid, mama, Dawid, Dawid. Jesteś zmęczona, ale szczęśliwa. To oznacza jedno...uwaga, uwaga, werble proszę! ALA JEST ZAKOCHANA!!!
Wszystkie dziewczynki zaczęły się śmiać oraz wzdychać. Poczułam, że się czerwienię.
- Tym rumieńcem tylko potwierdzasz moją teorię! - krzyknęła Julka i zanuciła - Every night in my dreams, I see you, I feel you...
Po chwili cały siatkarski chór tańczył dookoła mnie śpiewając przebój z "Titanica".
- Wy to jesteście okropne! - powiedziałam kręcąc głową, ale nie mogłam dłużej powstrzymać się od śmiechu.
Dalej rozgrzewka odbyła się na wesoło. Przez cały czas głośno śpiewałyśmy różne piosenki, a przechodnie spacerujący obok hali z ciekawością zaglądali nam w okna. Podczas końcowego meczu również humory nam dopisywały. Zwycięska drużyna odśpiewała "We are the champions", natomiast przegrana swoją własną wersję, czyli "We are the losers". Później obie drużyny w podskokach udały się do szatni. Zaczęłam zdejmować siatkę, kiedy na salę wszedł Andrzej. Nie wyglądał na zadowolonego.
- Hej Andrew! Co słychać? - pomachałam do niego.
- Ala, mamy problem - powiedział grobowym głosem - chodzi o Mariusza.
piątek, 29 listopada 2013
Rozdział 8 "Prawdziwy przyjaciel..."
Na nocowisku wszyscy bawili się doskonale. Graliśmy w podchody, chowanego, a o północy zrobiliśmy małe ognisko. Jak się później okazało Andrzej zaplanował to ognisko już wcześniej. W wielkiej torbie, którą przyniósł ze sobą miał bochenek chleba i kiełbaski, Przyszykował też miejsce na podwórku.
Około godziny piątej udało nam się zagonić dziewczynki do spania. Wtedy mogliśmy trochę porozmawiać.
- Czy zawody młodziczek wyglądają tak samo jak u nas? - zapytałam przewracając w ręku plastikowy kubek.
-Nie do końca - odparł Andrzej - ale z tego co wiem, teraz wygląda to podobnie. Zasady zmieniają się z roku na rok. Przygotowujesz dziewczyny na mistrzostwa województwa. Mariusz był z nimi na eliminacjach, które udało im się wygrać. Za dwa tygodnie jest półfinał i jeżeli tam też zwyciężą - wtedy jedziemy na finał.
- Chyba nie rozumiem.
Andrzej zabrał mi kubek bojąc się, że obudzę siatkarki. Wyjął z kieszeni kartkę i długopis, po czym zaczął rysować.
- Patrz! - podsunął mi swoje dzieło pod nos.
- Wyobraź sobie, że my to numer jeden.
Przyjrzałam się dokładniej ilustracji.
- A kto jest dwójką?
-Gdynia
-A czwórką?
-Sopot. Trójka to Kościerzyna, piątka to Rumia, szóstka to Malbork, siódemka to Słupsk, a ósemka to Wejherowo.
- Kto jest najsilniejszy?
- Wydaje mi się, że Malbork i Sopot. Tak przynajmniej mówił Mariusz.
Popatrzyłam na kartkę i przeanalizowałam jeszcze raz zdobyte informacje.
-Czyli, że najsilniejszy jest Sopot. Sopot, z którym gramy. Zgaduję, że mistrz województwa?
Andrzej nie odezwał się, ale kiwnął potakująco głową.
- Nie mam więcej pytań - burknęłam.
Nasze szanse na wygraną były naprawdę małe. Nawet mniejsze niż małe. Jak udało mi się dowiedzieć to był pierwszy raz kiedy dziewczynki wygrały eliminacje. Nie można nazwać tego wielkim osiągnięciem, gdyż Gdynia to dosyć słaba drużyna. Z Sopotem będzie inaczej. Musimy wziąć się ostro do roboty.
- Wygramy to - powiedziałam, starając się podnieść samą siebie na duchu.
Po powrocie do domu od razu położyłam się spać. Niestety, los dał mi odpocząć jedynie pół godziny, bowiem około ósmej zadzwonił mój telefon. A w zasadzie nie telefon tylko Dawid.
- Obudziłem cię? Naprawdę przepraszam - jęknął słysząc moje zaspane"halo" - chciałem cię zaprosić na kolację do restauracji "Forten".
-Na kolację?! Dawid, jest środek nocy!
Po drugiej stronie słuchawki nastała cisza.
- To ciekawe...mój zegarek wskazuje ósmą pięć. Pewnie balowałaś całą noc na jakiejś imprezie?
Zaśmiałam się jeszcze nie do końca przytomna.
- Tak, na szalonej imprezie z dwunastoletnimi dziewczynkami. Chętnie się z tobą spotkam, może być o dziewiętnastej?
- Pewnie - odparł Dawid - to do zobaczenia!
Tego dnia odpuściłam dziewczynom trening. Wiedziałam, że żadna z nich nie będzie miała siły na większy wysiłek. Sama nawet nie byłabym w stanie prowadzić zajęć. Ociężale podniosłam się z łóżka i ruszyłam w stronę kuchni. Przedpołudnie spędziłam wyjątkowo leniwie, jednak kiedy było już blisko godziny dziewiętnastej dostałam nagłego napływu energii. Znalazłam w szafie krótką, czarną sukienkę, ubrałam ją i pognałam do "Forten". Restauracja ta znajdowała się nie daleko mojego domu, dlatego też dotarłam na miejsce o czasie. Dawid już na mnie czekał.
- Wyglądasz pięknie - stwierdził, gdy do niego podeszłam.
Usiedliśmy przy stole. Od razu zajął się nami kelner proponując nam różne specjały. Czułam się bardzo dobrze w towarzystwie Dawida. Mogłam z nim rozmawiać o wszystkim, jakbyśmy znali się od dzieciństwa. Nagle usłyszałam, że przyszedł mi sms.
-To od mojego kolegi - wyjaśniłam widząc wiadomość od Andrzeja - mam trening jutro rano.
- A ty grasz w jakimś klubie? - zdziwił się chłopak.
-Nie, jestem trenerką - odparłam.
- To świetnie! Mogłabyś trenować moją siostrę, która bardzo narzeka na swojego trenera. Byłem z nią na zawodach rok temu - faktycznie, dziwny typ. Chociaż może teraz się zmienił. Nie wiem, ostatnio rzadko z nią rozmawiam - Dawid zamyślił się głęboko,
- Więc może czas to zmienić? - powiedziałam uśmiechając się do niego - Relacje rodzinne są naprawdę ważne.
Po moim wypadku to właśnie rodzina dała mi siłę żeby walczyć. To dzięki niej się nie poddałam.
Nagle chłopak zerwał się z miejsca. Oddał kelnerowi puste talerze i pociągnął mnie za rękę w stronę wyjścia.
- Chodź! Pokażę ci coś - rzekł tylko, nawet się nie odwracając.
Po chwili staliśmy już na przeciwko wielkiego biurowca. Dawid wyciągnął klucze, a ja nie mogąc wytrzymać zapytałam:
- Co tu robimy?
- Zaraz zobaczysz - zachichotał tajemniczo.
Weszliśmy do środka. Budynek wewnątrz wyglądał jeszcze bardziej zjawiskowo. Udaliśmy się do windy, która zawiozła nas na piętnaste piętro. Minęliśmy kilka korytarzy i znaleźliśmy się na olbrzymim tarasie widokowym. Z tego miejsca można było zobaczyć cały Gdańsk.
- Ale tu pięknie! - zachwyciłam się- to twoje?
- To biurowiec mojego ojca - wyjaśnił Dawid - jednak na wszelki wypadek wyrobił mi dodatkowe klucze.
Usiedliśmy na małej ławeczce i patrząc w gwiazdy rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym.
______________________________________
Witam po długiej przerwie ;) Wiem, miałam pisać co tydzień, ale szkoła mi nie pozwala...mam nadzieję, że mimo wszystko ktoś na mnie tu czekał. Enjoy :) x
Około godziny piątej udało nam się zagonić dziewczynki do spania. Wtedy mogliśmy trochę porozmawiać.
- Czy zawody młodziczek wyglądają tak samo jak u nas? - zapytałam przewracając w ręku plastikowy kubek.
-Nie do końca - odparł Andrzej - ale z tego co wiem, teraz wygląda to podobnie. Zasady zmieniają się z roku na rok. Przygotowujesz dziewczyny na mistrzostwa województwa. Mariusz był z nimi na eliminacjach, które udało im się wygrać. Za dwa tygodnie jest półfinał i jeżeli tam też zwyciężą - wtedy jedziemy na finał.
- Chyba nie rozumiem.
Andrzej zabrał mi kubek bojąc się, że obudzę siatkarki. Wyjął z kieszeni kartkę i długopis, po czym zaczął rysować.
- Patrz! - podsunął mi swoje dzieło pod nos.
- Wyobraź sobie, że my to numer jeden.
Przyjrzałam się dokładniej ilustracji.
- A kto jest dwójką?
-Gdynia
-A czwórką?
-Sopot. Trójka to Kościerzyna, piątka to Rumia, szóstka to Malbork, siódemka to Słupsk, a ósemka to Wejherowo.
- Kto jest najsilniejszy?
- Wydaje mi się, że Malbork i Sopot. Tak przynajmniej mówił Mariusz.
Popatrzyłam na kartkę i przeanalizowałam jeszcze raz zdobyte informacje.
-Czyli, że najsilniejszy jest Sopot. Sopot, z którym gramy. Zgaduję, że mistrz województwa?
Andrzej nie odezwał się, ale kiwnął potakująco głową.
- Nie mam więcej pytań - burknęłam.
Nasze szanse na wygraną były naprawdę małe. Nawet mniejsze niż małe. Jak udało mi się dowiedzieć to był pierwszy raz kiedy dziewczynki wygrały eliminacje. Nie można nazwać tego wielkim osiągnięciem, gdyż Gdynia to dosyć słaba drużyna. Z Sopotem będzie inaczej. Musimy wziąć się ostro do roboty.
- Wygramy to - powiedziałam, starając się podnieść samą siebie na duchu.
Po powrocie do domu od razu położyłam się spać. Niestety, los dał mi odpocząć jedynie pół godziny, bowiem około ósmej zadzwonił mój telefon. A w zasadzie nie telefon tylko Dawid.
- Obudziłem cię? Naprawdę przepraszam - jęknął słysząc moje zaspane"halo" - chciałem cię zaprosić na kolację do restauracji "Forten".
-Na kolację?! Dawid, jest środek nocy!
Po drugiej stronie słuchawki nastała cisza.
- To ciekawe...mój zegarek wskazuje ósmą pięć. Pewnie balowałaś całą noc na jakiejś imprezie?
Zaśmiałam się jeszcze nie do końca przytomna.
- Tak, na szalonej imprezie z dwunastoletnimi dziewczynkami. Chętnie się z tobą spotkam, może być o dziewiętnastej?
- Pewnie - odparł Dawid - to do zobaczenia!
Tego dnia odpuściłam dziewczynom trening. Wiedziałam, że żadna z nich nie będzie miała siły na większy wysiłek. Sama nawet nie byłabym w stanie prowadzić zajęć. Ociężale podniosłam się z łóżka i ruszyłam w stronę kuchni. Przedpołudnie spędziłam wyjątkowo leniwie, jednak kiedy było już blisko godziny dziewiętnastej dostałam nagłego napływu energii. Znalazłam w szafie krótką, czarną sukienkę, ubrałam ją i pognałam do "Forten". Restauracja ta znajdowała się nie daleko mojego domu, dlatego też dotarłam na miejsce o czasie. Dawid już na mnie czekał.
- Wyglądasz pięknie - stwierdził, gdy do niego podeszłam.
Usiedliśmy przy stole. Od razu zajął się nami kelner proponując nam różne specjały. Czułam się bardzo dobrze w towarzystwie Dawida. Mogłam z nim rozmawiać o wszystkim, jakbyśmy znali się od dzieciństwa. Nagle usłyszałam, że przyszedł mi sms.
-To od mojego kolegi - wyjaśniłam widząc wiadomość od Andrzeja - mam trening jutro rano.
- A ty grasz w jakimś klubie? - zdziwił się chłopak.
-Nie, jestem trenerką - odparłam.
- To świetnie! Mogłabyś trenować moją siostrę, która bardzo narzeka na swojego trenera. Byłem z nią na zawodach rok temu - faktycznie, dziwny typ. Chociaż może teraz się zmienił. Nie wiem, ostatnio rzadko z nią rozmawiam - Dawid zamyślił się głęboko,
- Więc może czas to zmienić? - powiedziałam uśmiechając się do niego - Relacje rodzinne są naprawdę ważne.
Po moim wypadku to właśnie rodzina dała mi siłę żeby walczyć. To dzięki niej się nie poddałam.
Nagle chłopak zerwał się z miejsca. Oddał kelnerowi puste talerze i pociągnął mnie za rękę w stronę wyjścia.
- Chodź! Pokażę ci coś - rzekł tylko, nawet się nie odwracając.
Po chwili staliśmy już na przeciwko wielkiego biurowca. Dawid wyciągnął klucze, a ja nie mogąc wytrzymać zapytałam:
- Co tu robimy?
- Zaraz zobaczysz - zachichotał tajemniczo.
Weszliśmy do środka. Budynek wewnątrz wyglądał jeszcze bardziej zjawiskowo. Udaliśmy się do windy, która zawiozła nas na piętnaste piętro. Minęliśmy kilka korytarzy i znaleźliśmy się na olbrzymim tarasie widokowym. Z tego miejsca można było zobaczyć cały Gdańsk.
- Ale tu pięknie! - zachwyciłam się- to twoje?
- To biurowiec mojego ojca - wyjaśnił Dawid - jednak na wszelki wypadek wyrobił mi dodatkowe klucze.
Usiedliśmy na małej ławeczce i patrząc w gwiazdy rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym.
______________________________________
Witam po długiej przerwie ;) Wiem, miałam pisać co tydzień, ale szkoła mi nie pozwala...mam nadzieję, że mimo wszystko ktoś na mnie tu czekał. Enjoy :) x
piątek, 18 października 2013
Rozdział 7 "Chwile grozy i przyjemności"
Jak udało mi się dowiedzieć brat Dodzi najzwyczajniej w świecie się zakochał. Poznał jakąś piękną dziewczynę, a Dorota była o nią zazdrosna.
- Ciągle tylko "moja dama" i "moja dama"! Nie ma już nawet czasu by pograć ze mną w siatkę, bo pisze do niej listy miłosne - skarżyła się - a najlepsze jest to, że nie pamięta, albo i nie zna jej adresu!
- Ale i tak ty jesteś dla niego ważniejsza - tłumaczyłam wtedy starając się ją zrozumieć.
- Bycie trenerem nie polega jedynie na przygotowywaniu zawodników do meczu - trzeba stać się ich przyjacielem, słuchać, pomagać, być z nimi na dobre i złe - rzekł Andrzej, gdy opowiedziałam mu całą historię. Miał rację. Podczas treningów był dla nas ostry, ale wyrozumiały. Zawsze pomagał nam w trudnych chwilach posyłając podnoszące na duchu słowa, lub po prostu wysłuchując naszych żali. Był dla nas jak taki drugi ojciec.
Nadszedł dzień nocowiska. Razem z dziewczynami oraz moim "treningowym tatą" umówiliśmy się na godzinę osiemnastą w hali. W zasadzie planowałam typowo "babski" wieczór, ale Andrzej stwierdził iż, zacytuję: "sama nie ogarnę tych siatkarskich szympansów". Tak więc musiał zostać z nami.
Z samego rana udałam się jeszcze do supermarketu by kupić jedzenie na wieczór. Pakowałam właśnie słodycze do koszyka, kiedy ktoś nagle stuknął mnie w ramię. Przestraszona podskoczyłam, upuszczając ciastka.
- Co za przypadek, znów się spotykamy!
To był Dawid, ten ze sklepu sportowego.
- O, dzień dobry - odparłam - Zawsze tak straszysz ludzi?
- Tylko tych, na których mi zależy - mrugnął okiem, po czym schylił się i podał mi ciastka, które zrzuciłam.
-A pamiętasz, że otrzymałaś zaproszenie na kawę? Wtedy odpowiedź brzmiała "może". Jak będzie teraz?
A od kiedy jesteśmy "na ty"?- cisnęło mi się na usta, jednak nie chciałam być niemiła.
- Bardzo chętnie - odrzekłam, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że właśnie umówiłam się na randkę.
- W takim razie naprawdę mi miło - chłopak złapał mnie za rękę i poszliśmy do małej kawiarenki za rogiem.
Zamówiłam dużą latte, on natomiast czarne espresso.
- Jesteś inna niż reszta siatkarek - podsumował po godzinie rozmowy o wszystkim i o niczym.
- Mam to uznać za komplement?
-Och przepraszam! - Dawid najwyraźniej pomyślał, że mogłam poczuć się urażona - miałem na myśli twoje podejście do ludzi. Nie zadzierasz nosa, jak te z obecnej reprezentacji. Poprosić je tylko o autograf - od razu wyskakują z tekstami typu "dajcie mi wreszcie normalnie żyć", jakby nie wiadomo kim były.
Nie chciało mi się wierzyć, że moje koleżanki mogłyby zrobić coś takiego, jednak z drugiej strony czemu ten chłopak miałby kłamać. Zerknęłam na zegarek. Właśnie wybiła jedenasta.
- Muszę już iść - powiedziałam wyjmując portfel.
- Nie, nie! - Dawid schował go z powrotem do torby- ja zapłacę.
Próbowałam protestować, lecz w końcu dałam za wygraną.
- A mogę jeszcze cię o coś poprosić?- spytał przy wyjściu. Kiwnęłam głową.
- Dasz mi swój numer telefonu? - wyciągnął komórkę i zapisał dyktowane przeze mnie cyfry. Podziękował, po czym pożegnaliśmy się. To spotkanie wprawiło mnie w wyjątkowo dobry humor.
* * *
O osiemnastej wszyscy spotkaliśmy się przed halą. Całą grupą weszliśmy do środka. Zaczęliśmy od rozłożenia śpiworów, później Basia zaproponowała mecz. Gra przyniosła nam wiele śmiechu. Wymyślaliśmy coraz to dziwniejsze techniki odbić oraz zagrywki. Drużyna po lewej stronie przegrywała, więc dołączył do niej Andrzej. Wtedy ta po prawej stwierdziła, że to nie fair. Mężczyzna zaserwował. Piłka leciała prosto w środek boiska, a żadna z zawodniczek nie wiedziała co zrobić. Bez zastanowienia wpadłam pomiędzy dziewczyny i w ostatniej chwili odebrałam piłkę. Wykonałyśmy szybką akcję zdobywając punkt.
- Masz zamiar grać? - spytał Andrzej z niedowierzaniem.
- A co, strach cię obleciał? Szykuj się na porażkę, stary! - zaśmiałam się.
Czułam się jak ryba w wodzie. Zdałam sobie sprawę jak bardzo mi tego brakowało. Niestety, w jednej chwili to piękne uczucie zamieniło się w koszmar. Podczas ataku poczułam okropny ból w plecach. Czym prędzej zeszłam z boiska i usiadłam na ziemi. Dziewczynki stanęły dookoła. Słyszałam ich przerażone głosy, jednak widziałam tylko kontury sylwetek. Obraz powoli mi się rozmazywał. Nagle ktoś szturchnął mnie w bok.
- Napij się - rzekł Andrzej.
Po omacku dosięgnęłam butelki. Wystarczyło zaledwie kilka łyków żebym znów mogła ujrzeć wystraszone twarze siatkarek i nie mniej zdenerwowanego Andrzeja.
- Dobrze już? - zapytał.
- Tak...chyba tak - odparłam odgarniając grzywkę z oczu.
- Może lepiej daj sobie spokój. Co ci doktor powiedział?
Spojrzałam na niego ze skruszoną miną.
- Że mam nie grać...
- Nie możesz?!- Wiktoria zdusiła krzyk.
Dorota uderzyła dłonią w czoło i złapała małą za ramiona.
- Nie oglądałaś mistrzostw rok temu?
- Oglądałam! - Wika tupnęła nogą ze wściekłą minką.
- A gazety czytałaś? Przecież Ala uszkodziła sobie kręgosłup. Przy czymś takim uprawianie sportu nie jest wskazane - to ostatnie zdanie wymówiła głosem doświadczonego lekarza po przynajmniej dwudziestu latach pracy. Poczułam się zawstydzona. Zrobiłam coś bardzo nieodpowiedzialnego.
Resztę meczu dziewczyny rozegrały same. Ja w tym czasie z pomocą Andrzeja próbowałam przydzielić im funkcje.
- Magdę na atak - zaproponował Andrzej.
-Nie, lepiej na rozegranie - powiedziałam.
- Ale Agnieszka jest dokładniejsza.
- Ja ją widzę na przyjęciu. Magda to rozgrywająca - stwierdziłam - postanowione.
- Jak uważasz - odparł Andrzej - a co zrobisz z Mają?
- Szkoda, że nie ma czegoś takiego jak "specjalista od medytacji" - mruknęłam pod nosem - może środek?
- Niezła myśl!
Po kilkunastu minutach burzliwych dyskusji udało nam się dojść do porozumienia w sprawie każdej dziewczynki.
- Słuchajcie - przerwałam mecz - mamy już dla was pozycje.
W tej chwili dla siatkarek nie liczyła się już gra.Usiadły dookoła mnie, co jakiś czas szepcząc coś sobie wzajemnie do ucha.
- Na rozegranie postawimy Magdę - oznajmiłam - Julia i Dodzia będą atakować, Basia oraz Agnieszka przyjmować, a Zosia i Maja staną na środku.
Wtedy na sali dało się usłyszeć jedynie okrzyki radości.
- A ja kim będę? - wysoki głosik pisnął gdzieś w pobliżu mnie.
- Matko jeszcze Wiktoria! - wyrwało mi się.
Zerknęłam zdenerwowanym wzrokiem na Andrzeja, który również nie wyglądał spokojnie. Pociągnął mnie za rękaw i szepnął:
- Co teraz?
Zamyśliłam się przez chwilę. Nagle mnie olśniło.
- A u młodziczek jest libero? - spytałam z nadzieją.
- Przepisy się ciągle zmieniają, ale teraz chyba powinna być- odparł Andrzej gładząc brodę. Dopiero wtedy zrozumiał o co mi chodziło.
- Jesteś genialna! - krzyknął.
Wróciłam do zniecierpliwionej Wiktorii i powiedziałam:
- Dostałaś bardzo ważne zadanie, a mianowicie będziesz naszą libero.
Dziewczynka zrobiła śmieszną minę, jakby próbowała sobie coś przypomnieć.
- Libero nie serwuje, co nie?
- Nie i pod siatką też nie stoi.
- Czyli nie będę musiała serwować? - spytała jeszcze raz dla upewnienia.
Rozwiałam jej obawy.
- Jak ja cię lubię - rzekła rzucając mi się na szyję.
_______________________________________________
W związku z małymi problemami technicznymi tydzień temu, wrzuciłam dziś dwa rozdziały.
Enjoy! ;)
- Ciągle tylko "moja dama" i "moja dama"! Nie ma już nawet czasu by pograć ze mną w siatkę, bo pisze do niej listy miłosne - skarżyła się - a najlepsze jest to, że nie pamięta, albo i nie zna jej adresu!
- Ale i tak ty jesteś dla niego ważniejsza - tłumaczyłam wtedy starając się ją zrozumieć.
- Bycie trenerem nie polega jedynie na przygotowywaniu zawodników do meczu - trzeba stać się ich przyjacielem, słuchać, pomagać, być z nimi na dobre i złe - rzekł Andrzej, gdy opowiedziałam mu całą historię. Miał rację. Podczas treningów był dla nas ostry, ale wyrozumiały. Zawsze pomagał nam w trudnych chwilach posyłając podnoszące na duchu słowa, lub po prostu wysłuchując naszych żali. Był dla nas jak taki drugi ojciec.
Nadszedł dzień nocowiska. Razem z dziewczynami oraz moim "treningowym tatą" umówiliśmy się na godzinę osiemnastą w hali. W zasadzie planowałam typowo "babski" wieczór, ale Andrzej stwierdził iż, zacytuję: "sama nie ogarnę tych siatkarskich szympansów". Tak więc musiał zostać z nami.
Z samego rana udałam się jeszcze do supermarketu by kupić jedzenie na wieczór. Pakowałam właśnie słodycze do koszyka, kiedy ktoś nagle stuknął mnie w ramię. Przestraszona podskoczyłam, upuszczając ciastka.
- Co za przypadek, znów się spotykamy!
To był Dawid, ten ze sklepu sportowego.
- O, dzień dobry - odparłam - Zawsze tak straszysz ludzi?
- Tylko tych, na których mi zależy - mrugnął okiem, po czym schylił się i podał mi ciastka, które zrzuciłam.
-A pamiętasz, że otrzymałaś zaproszenie na kawę? Wtedy odpowiedź brzmiała "może". Jak będzie teraz?
A od kiedy jesteśmy "na ty"?- cisnęło mi się na usta, jednak nie chciałam być niemiła.
- Bardzo chętnie - odrzekłam, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że właśnie umówiłam się na randkę.
- W takim razie naprawdę mi miło - chłopak złapał mnie za rękę i poszliśmy do małej kawiarenki za rogiem.
Zamówiłam dużą latte, on natomiast czarne espresso.
- Jesteś inna niż reszta siatkarek - podsumował po godzinie rozmowy o wszystkim i o niczym.
- Mam to uznać za komplement?
-Och przepraszam! - Dawid najwyraźniej pomyślał, że mogłam poczuć się urażona - miałem na myśli twoje podejście do ludzi. Nie zadzierasz nosa, jak te z obecnej reprezentacji. Poprosić je tylko o autograf - od razu wyskakują z tekstami typu "dajcie mi wreszcie normalnie żyć", jakby nie wiadomo kim były.
Nie chciało mi się wierzyć, że moje koleżanki mogłyby zrobić coś takiego, jednak z drugiej strony czemu ten chłopak miałby kłamać. Zerknęłam na zegarek. Właśnie wybiła jedenasta.
- Muszę już iść - powiedziałam wyjmując portfel.
- Nie, nie! - Dawid schował go z powrotem do torby- ja zapłacę.
Próbowałam protestować, lecz w końcu dałam za wygraną.
- A mogę jeszcze cię o coś poprosić?- spytał przy wyjściu. Kiwnęłam głową.
- Dasz mi swój numer telefonu? - wyciągnął komórkę i zapisał dyktowane przeze mnie cyfry. Podziękował, po czym pożegnaliśmy się. To spotkanie wprawiło mnie w wyjątkowo dobry humor.
* * *
O osiemnastej wszyscy spotkaliśmy się przed halą. Całą grupą weszliśmy do środka. Zaczęliśmy od rozłożenia śpiworów, później Basia zaproponowała mecz. Gra przyniosła nam wiele śmiechu. Wymyślaliśmy coraz to dziwniejsze techniki odbić oraz zagrywki. Drużyna po lewej stronie przegrywała, więc dołączył do niej Andrzej. Wtedy ta po prawej stwierdziła, że to nie fair. Mężczyzna zaserwował. Piłka leciała prosto w środek boiska, a żadna z zawodniczek nie wiedziała co zrobić. Bez zastanowienia wpadłam pomiędzy dziewczyny i w ostatniej chwili odebrałam piłkę. Wykonałyśmy szybką akcję zdobywając punkt.
- Masz zamiar grać? - spytał Andrzej z niedowierzaniem.
- A co, strach cię obleciał? Szykuj się na porażkę, stary! - zaśmiałam się.
Czułam się jak ryba w wodzie. Zdałam sobie sprawę jak bardzo mi tego brakowało. Niestety, w jednej chwili to piękne uczucie zamieniło się w koszmar. Podczas ataku poczułam okropny ból w plecach. Czym prędzej zeszłam z boiska i usiadłam na ziemi. Dziewczynki stanęły dookoła. Słyszałam ich przerażone głosy, jednak widziałam tylko kontury sylwetek. Obraz powoli mi się rozmazywał. Nagle ktoś szturchnął mnie w bok.
- Napij się - rzekł Andrzej.
Po omacku dosięgnęłam butelki. Wystarczyło zaledwie kilka łyków żebym znów mogła ujrzeć wystraszone twarze siatkarek i nie mniej zdenerwowanego Andrzeja.
- Dobrze już? - zapytał.
- Tak...chyba tak - odparłam odgarniając grzywkę z oczu.
- Może lepiej daj sobie spokój. Co ci doktor powiedział?
Spojrzałam na niego ze skruszoną miną.
- Że mam nie grać...
- Nie możesz?!- Wiktoria zdusiła krzyk.
Dorota uderzyła dłonią w czoło i złapała małą za ramiona.
- Nie oglądałaś mistrzostw rok temu?
- Oglądałam! - Wika tupnęła nogą ze wściekłą minką.
- A gazety czytałaś? Przecież Ala uszkodziła sobie kręgosłup. Przy czymś takim uprawianie sportu nie jest wskazane - to ostatnie zdanie wymówiła głosem doświadczonego lekarza po przynajmniej dwudziestu latach pracy. Poczułam się zawstydzona. Zrobiłam coś bardzo nieodpowiedzialnego.
Resztę meczu dziewczyny rozegrały same. Ja w tym czasie z pomocą Andrzeja próbowałam przydzielić im funkcje.
- Magdę na atak - zaproponował Andrzej.
-Nie, lepiej na rozegranie - powiedziałam.
- Ale Agnieszka jest dokładniejsza.
- Ja ją widzę na przyjęciu. Magda to rozgrywająca - stwierdziłam - postanowione.
- Jak uważasz - odparł Andrzej - a co zrobisz z Mają?
- Szkoda, że nie ma czegoś takiego jak "specjalista od medytacji" - mruknęłam pod nosem - może środek?
- Niezła myśl!
Po kilkunastu minutach burzliwych dyskusji udało nam się dojść do porozumienia w sprawie każdej dziewczynki.
- Słuchajcie - przerwałam mecz - mamy już dla was pozycje.
W tej chwili dla siatkarek nie liczyła się już gra.Usiadły dookoła mnie, co jakiś czas szepcząc coś sobie wzajemnie do ucha.
- Na rozegranie postawimy Magdę - oznajmiłam - Julia i Dodzia będą atakować, Basia oraz Agnieszka przyjmować, a Zosia i Maja staną na środku.
Wtedy na sali dało się usłyszeć jedynie okrzyki radości.
- A ja kim będę? - wysoki głosik pisnął gdzieś w pobliżu mnie.
- Matko jeszcze Wiktoria! - wyrwało mi się.
Zerknęłam zdenerwowanym wzrokiem na Andrzeja, który również nie wyglądał spokojnie. Pociągnął mnie za rękaw i szepnął:
- Co teraz?
Zamyśliłam się przez chwilę. Nagle mnie olśniło.
- A u młodziczek jest libero? - spytałam z nadzieją.
- Przepisy się ciągle zmieniają, ale teraz chyba powinna być- odparł Andrzej gładząc brodę. Dopiero wtedy zrozumiał o co mi chodziło.
- Jesteś genialna! - krzyknął.
Wróciłam do zniecierpliwionej Wiktorii i powiedziałam:
- Dostałaś bardzo ważne zadanie, a mianowicie będziesz naszą libero.
Dziewczynka zrobiła śmieszną minę, jakby próbowała sobie coś przypomnieć.
- Libero nie serwuje, co nie?
- Nie i pod siatką też nie stoi.
- Czyli nie będę musiała serwować? - spytała jeszcze raz dla upewnienia.
Rozwiałam jej obawy.
- Jak ja cię lubię - rzekła rzucając mi się na szyję.
_______________________________________________
W związku z małymi problemami technicznymi tydzień temu, wrzuciłam dziś dwa rozdziały.
Enjoy! ;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)