poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Rozdział 13 "Nadzieje i cuda"

  Sprawdziły się moje najgorsze obawy, a mianowicie: Malbork zwyciężył. Oznaczało to, że właśnie z tą drużyną zmierzymy się w finale.
- Możecie z nimi wygrać, to nie jest niemożliwe. Trzeba tylko się skupić - próbował podnieść mnie na duchu Leszek.
Zorganizowaliśmy tego dnia wspólny trening. Dziewczynki rozgrywały sobie towarzyski mecz, ja w tym czasie obmyślałam plan na finał z Leszkiem, Andrzejem oraz Dawidem, który mógł być już Dawidem. Okazało się bowiem, że trener Sopotu i Mariusz znają się od podstawówki.
- Nie myślcie tylko, że jesteśmy przyjaciółmi - uprzedził od razu Leszek - nigdy nie lubiłem tego typa.
Przez tę ich długą znajomość szybko zauważył, że Mariusz-Dawid nie jest prawdziwym Mariuszem. A sztuczne wąsy jedynie go w tym przekonaniu umocniły. Tak więc opowiedziałam mu całą historię o tym, jak zostałam nieoficjalną trenerką.
- Zachowanie typowe dla tego barana - mruknął po wysłuchaniu opowieści - panie Andrew, ma pan może jakąś sekretną technikę, którą mógłby się pan z nami podzielić?
Andrzej najwyraźniej poczuł się trochę zmieszany. Zaczął nerwowo uderzać palcami o ławkę, jakby mocno się nad czymś zastanawiał.
- W zasadzie to...nie. Moje dziewczyny grają bez cudowania. Powtarzam im tylko, że najważniejsza jest drużyna.
Ostatnie wyrazy wypowiedziałam razem z nim. "Najważniejsza jest drużyna" - zdanie, które przez kilka lat słyszałam dzień w dzień. Przed treningiem, w czasie treningu, po treningu, na mistrzostwach, po mistrzostwach - zawsze.
- I tego się trzymajmy - z rozmyślań wyrwał mnie Leszek - zgoda, pani Alu?
- A ja to już nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie? - męski głos rozniósł się po całej hali. Dziewczynki stanęły jak osłupiałe, a moje serce zamarło.
- Jeśli mnie pamięć nie myli, to odmówiłeś współpracy z klubem - burknął Andrzej, który chyba jako jedyny nie przejął się niespodziewaną wizytą Mariusza.
- No właśnie - Krupski zatrzymał się na przeciwko mnie - odmówiłem, a pomimo to przyszedłem na ostatni mecz. Zdjęcia ze mną w tle widnieją na pierwszej stronie gdańskiej gazety. Najśmieszniejsze jest jednak to, że nic z tego nie pamiętam. Jakbym to w ogóle nie był ja...
   Jego twarz znalazła się w niebezpiecznie bliskiej odległości. Miałam wrażenie, że zaraz się na mnie rzuci i wbije kły w moją szyję niczym wampir. Albo jeszcze gorzej.
- Musieliśmy coś zrobić- powiedziałam odsuwając się od mężczyzny, żeby przypadkiem nie paść ofiarą Mariuszowego ataku furii. Ten jednak milczał.
- To już nie chodzi o nas, tylko o dziewczyny. Nie możemy pozwolić by przez nasze kłótnie straciły swoją szansę na sukces - wytłumaczyłam.
- Widzę, że naprawdę ci na tym zależy - Mariusz uśmiechnął się pod wąsem - czego więc ode mnie oczekujesz?
- Żebyś zabrał siatkarki na finał. Jeśli chcesz to zapłacę - spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem.
Mężczyzna wziął mnie na bok, żeby nikt nas nie słyszał.
- Ale nie będę się w to mieszał. Ty rządzisz, ja stoję i ładnie wyglądam - jego ton zupełnie nie przypominał Mariusza, którego wszyscy znaliśmy. Nie był ostry ani nieprzyjemny. Przeciwnie - rozmawiał ze mną całkiem łagodnie.
- A pieniądze zostaw na opłacenie autokaru. Do mojego auta się nie zmieścimy- mrugnął okiem, po czym przybrał z powrotem swoją przerażającą minę i wyszedł z sali.
Byłam w szoku. Nie ruszałam się z miejsca wciąż  słysząc wesoły głos Mariusza. Dziewczynki, potem Dawid z Leszkiem i w końcu Andrzej skupili się wokół mnie powtarzając "i co? i co?"/
- Jak to co? Jedziemy na finał! - ogłosiłam uradowana.
Teraz całą halę ogarnął krzyk, pisk i tupot, inaczej mówiąc: euforia.
   Nawet osoba o tak zimnym sercu jak Mariusz potrafi dać z siebie odrobinę dobra. Skoro cuda się zdarzają to może i damy radę wygrać najbliższy mecz?
___________________________
Mokrego dyngusa - jeszcze jeden rozdział!
Z najlepszymi życzeniami (i co z tego, że to było wczoraj!) dla mojej ulubionej siatkarki ;))




Rozdział 12 "Pierwszy mecz za nami"

 Na sali zapanowała grobowa cisza. Dopiero po chwili dało się usłyszeć szepty:
- Mariusz czy nie Mariusz?
- Jeśli Mariusz to co tu robi?
- Niemożliwe, że to on. Chociaż może?
   Wreszcie Julka jako jedyna odważyła się podejść do tajemniczego człowieka, który mógł być ich starym trenerem.
- To nie on - oznajmiła kiedy stała już naprawdę blisko - Mariusz ma krzaczaste brwi. Moja mama jest kosmetyczką, więc przez nią zwracam uwagę na takie rzeczy.
- Mógł sobie wydłubać - próbowałam podpuścić dziewczynkę.
- Przecież to nie baba!
- Brawo za spostrzegawczość - przybiłyśmy z Julią piątkę.
  Po wtajemniczeniu siatkarek w plan zrobiłyśmy jeszcze małe poprawki w przebraniu Dawida. Później wróciłyśmy do ćwiczeń.
  Dni mijały tak szybko, że nawet nie zauważyłyśmy kiedy z dwóch tygodni zrobiły się dwie godziny. Dziewczyny rozgrzewały się na sopockiej sali, ja w tym czasie rozmawiałam z Dawidem. Wtedy podszedł do nas jakiś mężczyzna.
- Jak mi miło powitać u nas pana Mariusza Krupskiego.
- Mnie też jest strasznie miło - odparł Mariusz (a w zasadzie Dawid).
- Nazywam się Leszek Wojtczak i jestem, jak pewnie pan wie, trenerem sopocianek. A co tutaj sprowadza panią Alicję Iwanowicz? - zwrócił się w moją stronę.
- Wspieram drużynę z Gdańska - powiedziałam wymuszając uśmiech.
Na boisko wpadły siatkarki z przeciwnej drużyny.  Muszę przyznać, że byłam w szoku. Spodziewałam się ogromnych, zarozumiałych modelek, a te dziewczynki wyglądały zupełnie jak moje, po prostu - normalnie. Od razu przywitały się z nami życząc powodzenia.
- Jakie słodkie - wyrwało mi się.
- Ale my jesteśmy fajniejsze, co nie? - spytała Wiktoria wystraszonym głosem.
- Bez porównania - odpowiedziałam i chcąc dodać jej otuchy krzyknęłam - jesteście najlepsze!
  Na sali pojawili się sędziowie. Rozpoczął się mecz. Walka była zacięta, jednak dziewczyny nie odczuwały presji. Dla obu drużyn była to po prostu świetna zabawa. Pierwszy set był nasz, dwa kolejne sopocianek, czwarty znowu wygrany przez nas.
- No to mamy tie-break - podsumowałam - teraz zamień Julię na Dodzię.
Dawid podniósł brwi do góry.
- Przecież Julka świetnie sobie radzi!
- Ale jest zmęczona. Zaufaj mi- powiedziałam po cichu.
- Nie jestem przekonany...
- Dawid! - upomniałam go, że to ja tu rządzę.
Ludzie z tyłu, prawdopodobnie rodzice sopocianek zwrócili wzrok ku nam.
- To znaczy...Mariusz! - poprawiłam się.
Mariusz (Dawid) trochę niechętnie zmienił Julię. Na boisko z dumą wkroczyła Dorota. Dziewczyny grały bardzo dobrze.
- Trzynaście dla Sopotu, czternaście dla Gdańska - oznajmił sędzia.
Dodźka pokazała język bratu, gdyż połowę z tych punktów zdobyła swoim atakiem. Udała się za linię razem z piłką i przymierzyła się do zagrywki. Uderzyła w piłkę, a wyglądało to jakby w ten jeden ruch włożyła całe serce. Widziałam, że było to bardzo silne uderzenie.
- Oby nie na out- pisnęłam zaciskając kciuki.
Piłka spadła...no właśnie, gdzie ona spadła? Sędziowie też nie mieli pewności. Zaczęli się naradzać, lekko sprzeczać.
- Musimy sprawdzić na naszej kamerze gdzie wylądowała piłka - rzekł głowny sędzia i opuścił stanowisko.
Dziewczynki nieco zdziwione stały na boisku nie wiedząc co robić. Po chwili jednak mężczyzna wrócił. Stanął na swoim miejscu, po czym wskazał na moje siatkarki.
- Punkt dla gdańszczanek. Koniec meczu - powiedział.
- Wygrałyśmy! - krzyknęła Agnieszka.
Nie mogłam w to uwierzyć. Już miałam podbiec do dziewczyn kiedy przypomniało mi się o sopociankach. Spojrzałam na nie kątem oka. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie były złe czy smutne. Przeciwnie - przedostały się na drugą stronę siatki i zaczęły nam gratulować śmiejąc się przy tym, jakby zwycięstwo należało do nich.
- Jesteśmy sąsiadami, więc musimy się wzajemnie wspierać - stwierdziła jedna z sopocianek.
Przyznałam jej rację.
- To był najwspanialszy mecz w moim życiu - wyznała mi później Wiktoria.
- Czeka cię jeszcze milion lepszych. Ale cieszę się, ze ci się podobało - odparłam.
Zakończyliśmy ten dzień pełen wrażeń rurkami z bitą śmietaną, na które zaprosił nas Leszek. Podczas gdy zajadaliśmy się przysmakami stało się coś, czego nikt nie przewidział. Dawidowi (który jeszcze wtedy był Mariuszem) przykleiła się rurka do wąsów. Po kilku próbach udało mu się ją oderwać, ale niestety wąsiska też. Leszek na początku przyglądał się Dawidowi, a po chwili rzekł:
- Od początku wiedziałem!
________________________
Wreszcie zmobilizowałam się by coś napisać. Wesołych Świąt, oto dwa rozdziały ;)

Rozdział 11 "Plan"

- Ty?!
- Ty?!
- To wy się znacie? - spytał wielce zdziwiony Dawid.
- Alicja jest moją trenerką - odparła Dorota, a wyglądała jakby zaraz miała wybuchnąć.
- Z tego co pamiętam twoim trenerem był mężczyzna. Żadnej ślicznotki tam nie widziałem - chłopak odgarnął mi włosy z twarzy.
Dodzia nie wytrzymała.
- Nienawidzę was! - krzyknęła, po czym uciekła w głąb galerii.
- Pogadam z nią - szepnęłam Dawidowi do ucha i ruszyłam za dziewczyną.
Znalazłam ją na ławce obok salonu fryzjerskiego całą zapłakaną.
- Dodzia, co się dzieje? - zapytałam delikatnie, siadając przy niej.
- Naprawdę nie wiesz? Kradniesz mi brata! - kolejne łzy popłynęły z oczu dziewczyny.
Objęłam ją ramieniem.
- Ja wcale nie zabieram ci Dawida. Przecież jesteś jego siostrą, on cię bardzo kocha. Jesteś dla niego naprawdę ważna.
- Tak, jasne! - burknęła Dorota z ironią - Nigdy nie ma dla mnie czasu i bez przerwy gada o tobie- faktycznie, brat marzeń!
- Ale on chce się zmienić. Poszedł nawet z tobą na zakupy, żebyście spędzili ten dzień razem.
Dziewczyna dalej nie była przekonana.
- Dawidowi zależy na lepszym kontakcie z tobą. Mówił mi - powiedziałam, a Dorota westchnęła głęboko.
- Ciebie by nie okłamał - przyznała i lekko się uśmiechnęła - serio się w nim zakochałaś?
 To pytanie zaskoczyło mnie, a także zawstydziło. Nie chciałam pokazywać jak bardzo zależy mi na jej bracie, ani żeby pomyślała iż jest mi on obojętny. Na szczęście dziewczynie nie zależało na odpowiedzi.
- Nie wiem co ty w nim widzisz - stwierdziła przerywając moje rozmyślania na temat uczucia, którym darzę Dawida - nawet nie jest przystojny. Tylko go ogolić, doczepić wąsy, a wyglądałby jak ten pacan Mariusz.
  Wyobraziłam sobie chłopaka bez jego blond włosów natomiast z ogromnymi wąsiskami. Faktycznie, był łudząco podobny do trenera. Nagle w głowie zaświtał mi pomysł.
- Dodźka, jesteś genialna! - krzyknęłam.
- Nie bardzo rozumiem - odparła Dorota chyba próbując przypomnieć sobie co zrobiła przez ostatnie kilka sekund.
- Zaraz ci wyjaśnię. Trzeba najpierw ściągnąć twojego brata - rzekłam wyjmując z torby komórkę.
*          *          *
- Nie ma mowy! Zwariowałyście! - jęczał Dawid, kiedy próbowałyśmy wepchnąć go do salonu fryzjerskiego.
- Marudzisz! Na co ci włosy, łyse jest teraz w modzie - Dorota wykorzystując nieuwagę chłopaka odczepiła jego dłoń od drzwi - właź, pomożesz nam!
- Ale mnie nie obchodzi co jest modne! Uwielbiam moją czuprynę i nie mam zamiaru się jej pozbywać.
   Mój plan był prosty. Przebierzemy Dawida za Mariusza i pojedziemy z nim na zawody. Ja natomiast wystąpię jako pomocnik. Wszystko poszłoby  gładko gdyby tylko Dawid grzecznie pozwolił zgolić sobie głowę. Ten jednak stawiał opór. Właśnie dlatego każdy przechodzący obok fryzjera człowiek zatrzymywał się choć na chwilę, aby popatrzyć na nasze przepychanki w progu. 
- Mała, wbijasz mi się w plecy - wrzeszczał chłopak do siostry dalej jedną ręką trzymając się drzwi.
- Nie jestem mała, mam metr siedemdziesiąt!
- A ja metr osiemdziesiąt trzy, więc widzę czubek twojej głowy, czubku!
- A ja prawie metr dziewięćdziesiąt i też widzę wasze czubki - wtrąciłam się.
- A ja mam dwa metry dziesięć i mogę wam wszystkim na te czubki napluć. Kto pobije? - mruknął ktoś, jak się okazało ochroniarz galerii - wynocha z przejścia!
  Jednym ruchem odepchnął nas, nawet przyklejonego do drzwi Dawida i ostrzegł, żebyśmy "więcej takich numerów nie odstawiali". 
Usiedliśmy na ławce - ja i Dodźka załamane, Dawid z ulgą. Wtedy podeszła do nas kobieta w stroju czarownicy. Wręczyła nam ulotkę skrzecząc:
- Odwiedźcie nasz skep z kostiumami! Mamy stroje tradycyjne, wodoodporne, słodkie, a także upiorne!
- Super - burknęła Dorota - zdalibyście się na coś gdybyście mieli łyse peruki.
- Ależ mamy! - odrzekła czarownica - dla białoskórego, czarnoskórego, żółtoskórego, a i dla Marsjanina się coś znajdzie.
   Razem z Dodzią zerwałyśmy się z miejsc. Pokazała się nadzieja na wcielenie mojego planu w życie. Uradowane ruszyłyśmy za wiedźmą. Tylko Dawid ciągnął się za nami klnąc pod nosem.

piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział 10 "komplikacje"

- No to klops - mruknęłam pod nosem sama do siebie.
- Klops?! Możemy stracić szansę na wygranie mistrzostw województwa, a potem i Polski, a dla ciebie to tylko "klops"? - oburzył się Andrzej - Czy ty mnie aby uważnie słuchałaś?
- Tak! - odparłam przewracając oczami - i mnie też się to nie podoba, ale nie należy popadać w panikę. Na pewno da się to jakoś odkręcić.
     Podczas uzgadniania terminu półfinału pojawił się jeden problem, a mianowicie - brak Mariusza. Był on zgłoszony jako trener drużyny z Gdańska. Niestety po naszej kłótni mężczyzna odmówił współpracy z klubem.
- No nie jestem taki przekonany - Andrzej powrócił do swojego normalnego głosu - regulamin jasno mówi, że na wszystkich zawodach oraz zjazdach musi pojawić się oficjalny trener. O zastępstwach nie ma mowy, jedynie w przypadku poważnej choroby.
- To nie możemy czegoś zmyślić? Na przykład, że Mariusz jest w szpitalu? - spytałam.
- A co zrobisz jak zechcą to sprawdzić?
  Miał rację, ten pomysł odpada. Zamyśliłam się głęboko.
- Czy ci ludzie znają Mariusza?
- Z tego co wiem sędziowie będą inni niż na pierwszym etapie, więc raczej nie - odparł Andrzej.
- A publiczność będzie?
- Jeszcze nie teraz.  Powiesz wreszcie o co chodzi?
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Z twoją pomocą uda mi się ściągnąć Mariusza, albo raczej jego podróbkę!
Andrzej westchnął i położył mi rękę na ramieniu.
- Czasem naprawdę się ciebie boję - powiedział śmiejąc się.
    Nazajutrz z rana udałam się do galerii, gdyż w mojej lodówce aż świeciło pustkami. Wkładałam właśnie warzywa do koszyka, gdy nagle ktoś zasłonił mi oczy.
- Zgadnij kto?
- Wiem, że to ty, Dawid!
Chłopak opuścił dłonie tak, że znowu mogłam wszystko widzieć.
- Gdziekolwiek nie pójdę zawsze spotykam ciebie na drodze - rzekłam wesoło odwracając się w jego stronę.
- Jestem na zakupach z siostrą - wytłumaczył Dawid - skorzystałem z twojej rady i próbuję spędzać z nią więcej czasu. Bardzo chętnie ci ją przedstawię. O, właśnie tu idzie!
Chłopak pomachał w kierunku działu z pieczywem. Spośród regałów wyłoniła się wysoka, szczupła postać. Gdy zbliżyła się do nas, po prostu nie mogłam uwierzyć własny m oczom. I najwyraźniej ona też nie.
______________________________________
Hejo! Tak, z systematycznością u mnie kiepsko :P Do tego jeszcze nie mogłam znaleźć drugiego zeszytu (wtajemniczeni wiedzą;)). Buźka x