piątek, 4 października 2013

Rozdział 5 "Sytuacje kryzysowe"

    Kiedy po męczącym dniu nareszcie dotarłam do domu, wykończona od razu położyłam się spać. W nocy jednak zbudził mnie dziwny sen, mało powiedziane - koszmar.
    Byłam na zawodach, prawdopodobnie mistrzostwach z moją dawną drużyną. Znajdowałyśmy się centralnie przed siatką. Wszystkie miałyśmy w ręku piłkę. Przeciwniczki czekały aż któraś w końcu zaatakuje, jednak żadna się do tego nie paliła. Podjęłam wyzwanie trafiając w sam środek boiska. Dziewczyny nie zareagowały. Występowałyśmy jako drużyna, ale grałyśmy osobno. Poczułam się nieswojo.
- Nie wygramy jeśli nie będziemy współpracować - powiedziałam do koleżanek stojących obok.
Lecz one przeszyły mnie tylko wzrokiem, jakbym powiedziała coś dziwnego. Jakbym była odmieńcem.
- Teraz współpraca już nikogo nie obchodzi. Każdy chce zabłysnąć, więc nie patrzy na innych - usłyszałam głos Kasi, a po chwili zauważyłam jej szczupłą sylwetkę wyłaniającą się zza grupki innych zawodniczek. Zatrzymała się pół metra przede mną i przyszykowała się do przyjęcia. Piłka jednak zamiast spaść na jej ręce uderzyła mnie w głowę. Wtedy się obudziłam. Spojrzałam na zegarek.
    "Mamy już piątek" - pomyślałam -"dzisiaj jeszcze trening, a potem dwa dni wolnego".
Co prawda na hali miałam się zjawić dopiero o szesnastej, ale mimo wszystko nie mogłam doczekać się już weekendu. Nigdy nie sądziłam, że praca trenera okaże się aż tak trudna.
   Wyciągnęłam rękę w stronę szafki nocnej i chwyciłam szklankę z wodą. Zaczęłam się wtedy zastanawiać skąd dziewczynki, pomimo długiego siedzenia w szkole mają energię na wyczerpujące, popołudniowe zajęcia. Czyżby ich zamiłowanie do siatkówki potrafiło przezwyciężyć nawet zmęczenie?
W zasadzie w moim przypadku właśnie tak było. Żaden powód (łącznie z chorobą) nie wydawał mi się na tyle ważny żeby zrezygnować z treningu. Zerknęłam ponownie na zegarek.
"Trzeba iść dalej spać jeśli mam być przytomna na zajęciach" stwierdziłam kładąc się z powrotem do łóżka.
                                                               *        *        *
- Wiem już jaki macie problem - oznajmiłam z dumą po rozgrzewce.
- Co niektórzy na pewno z psychiką - warknęła Agnieszka.
Znowu pokłóciła się z Julką, dlatego tego dnia też biegały karne kółka.
- Zamknijcie się wreszcie! - krzyknęła Dorota - te wasze sprzeczki doprowadzają mnie do szału!
Dziewczyny zamilkły.
- Dzięki Dodzia! - mrugnęłam do niej okiem - Chciałam wam tylko powiedzieć, że jest pewna umiejętność, której jeszcze nie opanowałyście, a która bardzo wzmocniłaby waszą grę. To współpraca. Zauważyłam, że chociaż stoicie po tej samej stronie boiska każda myśli tylko o sobie. A podczas meczu musicie się zjednoczyć.
      Mój koszmar senny pomógł mi przypadkiem odkryć źródło błędów młodych siatkarek.
- I co masz zamiar z tym zrobić? - spytała Magda.
- Nie wiem, ale coś wymyślę - odparłam - przez następne kilka zajęć będę was bacznie obserwować, by w końcu przydzielić wam funkcje w drużynie.
Ta wiadomość okazała się być dla dziewczyn na prawdę ekscytująca. Podczas meczu wszystkie moje uwagi brały sobie mocno do serca.
- Punkt dla drużyny po lewej- ogłosiłam gdy piłka spadła koło Wiktorii, której nie udało się odbić.
- Wika, nie rycz - westchnęła Dorota.
   Mała zakryła sobie twarz rękoma, jakby myślała, że wtedy nikt nie zobaczy jej łez. Powoli zaczynałam rozumieć o czym mówił Mariusz. Dziewczynka najwyraźniej ciężko znosiła porażki.
"Zwykłe pocieszenie na niewiele się tu zda. Nie zrobię z niej siatkarki jeśli przy każdym błędzie lub nieudanej akcji będzie płakać" pomyślałam.
- Dobra, robimy przerwę - zarządziłam - Wiktoria, ty zostań.
Dziewczyny poszły do szatni się napić, ja w tym czasie zaczęłam rozmowę z najmniejszą z nich.
- Słuchaj Wikunia, wiem, że czasem nie jest łatwo opanować emocje, ale musisz się starać być silna - powiedziałam schylając się do niej - nie możesz płakać zawsze gdy coś ci nie wyjdzie.
- Czyli nie będę niepokonaną siatkarką jeśli nie nauczę się nie płakać? - do oczu dziewczynki znów napłynęły łzy.
  Nie mam pojęcia czy to przez tę nieszczęśliwą minkę, strumienie łez czy też czterokrotne użycie słowa "nie" w krótkim zdaniu, poczułam nagle ogromny smutek. Zrobiło mi się naprawdę żal tego dziecka.
- Mam pomysł! - złapałam ją za nadgarstki - Umówimy się tak, że chociaż spróbujesz podchodzić do gry bardziej "na luzie". Przecież najważniejsza jest dobra zabawa. A płaczemy tylko w sytuacjach kryzysowych, zgoda?
- Zgoda - odparła Wiktoria.
  Trzeba przyznać, że przez następne treningi spisywała się niesamowicie. Choć było jej ciężko powstrzymywała łzy i grała dalej.
      Aż któregoś dnia po zajęciach zobaczyłam ją w szatni całą zapłakaną. Gdy mnie zauważyła próbowała ukryć twarz, jednak wcale tego od niej nie oczekiwałam.
- Jestem z ciebie dumna, wiesz? - powiedziałam siadając obok.
- Naprawdę? - Wiktoria podniosła głowę dość zaskoczona - przecież nie dałam rady. Dalej jestem beksa.
- Nie jesteś żadna beksa! Mówię ci, z czasem ci się uda. Wszystko małymi kroczkami - klepnęłam ją po przyjacielsku w ramię - i tak robisz postępy.
  Usłyszałyśmy kościelne dzwony.
- Już osiemnasta. Piętnaście minut temu skończył się trening. Gdzie są twoi rodzice? -spytałam
- Pewnie mama znowu musiała zostać dłużej w pracy - zamyśliła się - może pani zamknąć halę, usiądę przed wejściem.
- Nie ma mowy, poczekam z tobą- zaoponowałam - i nie zapominaj, że jestem Ala, a nie "pani".
Dziewczynka uśmiechnęła się. Dopiero wtedy zauważyłam, że ma piegi. I to takie mocno widoczne.
     Nagle drzwi do szatni otworzyły się i do środka weszła wysoka kobieta ubrana w marynarkę.
- Wika, idź szybko do samochodu - powiedziała od razu.
 Mała pożegnała się ze mną i pognała w stronę wyjścia. Po chwili widać było tylko długi, blond kucyk bujający się wesoło to w lewo, to w prawo..
 - Dziękuję pani bardzo - kobieta zwróciła się do mnie - dziękuję za to, że uwierzyła pani w moją córkę.
- Ależ nie ma za co - odparłam lekko zawstydzona - Wiktoria ma talent, musi tylko poznać własne możliwości.
Mama Wiktorii wyszła na chwilę na korytarz żeby upewnić się czy dziewczynka nie podsłuchuje.
- Jest pani jej idolką. W pokoju ma pełno plakatów z reprezentacją, oczywiście tylko tam gdzie jest pani. Z poprzednim trenerem Wiktoria nie mogła się porozumieć. Z panią, pani Alicjo to zupełnie inna sytuacja.
   Nie przypuszczałam nigdy, że mogę stać się czyjąś idolką. A tym bardziej nie sądziłam, że moją fanką, jeśli można to tak nazwać, będzie jedna z tych małych siatkarek.
   Ta informacja z ust mamy Wiktorii naprawdę mnie zaskoczyła. Chyba pozytywnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz