poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Rozdział 12 "Pierwszy mecz za nami"

 Na sali zapanowała grobowa cisza. Dopiero po chwili dało się usłyszeć szepty:
- Mariusz czy nie Mariusz?
- Jeśli Mariusz to co tu robi?
- Niemożliwe, że to on. Chociaż może?
   Wreszcie Julka jako jedyna odważyła się podejść do tajemniczego człowieka, który mógł być ich starym trenerem.
- To nie on - oznajmiła kiedy stała już naprawdę blisko - Mariusz ma krzaczaste brwi. Moja mama jest kosmetyczką, więc przez nią zwracam uwagę na takie rzeczy.
- Mógł sobie wydłubać - próbowałam podpuścić dziewczynkę.
- Przecież to nie baba!
- Brawo za spostrzegawczość - przybiłyśmy z Julią piątkę.
  Po wtajemniczeniu siatkarek w plan zrobiłyśmy jeszcze małe poprawki w przebraniu Dawida. Później wróciłyśmy do ćwiczeń.
  Dni mijały tak szybko, że nawet nie zauważyłyśmy kiedy z dwóch tygodni zrobiły się dwie godziny. Dziewczyny rozgrzewały się na sopockiej sali, ja w tym czasie rozmawiałam z Dawidem. Wtedy podszedł do nas jakiś mężczyzna.
- Jak mi miło powitać u nas pana Mariusza Krupskiego.
- Mnie też jest strasznie miło - odparł Mariusz (a w zasadzie Dawid).
- Nazywam się Leszek Wojtczak i jestem, jak pewnie pan wie, trenerem sopocianek. A co tutaj sprowadza panią Alicję Iwanowicz? - zwrócił się w moją stronę.
- Wspieram drużynę z Gdańska - powiedziałam wymuszając uśmiech.
Na boisko wpadły siatkarki z przeciwnej drużyny.  Muszę przyznać, że byłam w szoku. Spodziewałam się ogromnych, zarozumiałych modelek, a te dziewczynki wyglądały zupełnie jak moje, po prostu - normalnie. Od razu przywitały się z nami życząc powodzenia.
- Jakie słodkie - wyrwało mi się.
- Ale my jesteśmy fajniejsze, co nie? - spytała Wiktoria wystraszonym głosem.
- Bez porównania - odpowiedziałam i chcąc dodać jej otuchy krzyknęłam - jesteście najlepsze!
  Na sali pojawili się sędziowie. Rozpoczął się mecz. Walka była zacięta, jednak dziewczyny nie odczuwały presji. Dla obu drużyn była to po prostu świetna zabawa. Pierwszy set był nasz, dwa kolejne sopocianek, czwarty znowu wygrany przez nas.
- No to mamy tie-break - podsumowałam - teraz zamień Julię na Dodzię.
Dawid podniósł brwi do góry.
- Przecież Julka świetnie sobie radzi!
- Ale jest zmęczona. Zaufaj mi- powiedziałam po cichu.
- Nie jestem przekonany...
- Dawid! - upomniałam go, że to ja tu rządzę.
Ludzie z tyłu, prawdopodobnie rodzice sopocianek zwrócili wzrok ku nam.
- To znaczy...Mariusz! - poprawiłam się.
Mariusz (Dawid) trochę niechętnie zmienił Julię. Na boisko z dumą wkroczyła Dorota. Dziewczyny grały bardzo dobrze.
- Trzynaście dla Sopotu, czternaście dla Gdańska - oznajmił sędzia.
Dodźka pokazała język bratu, gdyż połowę z tych punktów zdobyła swoim atakiem. Udała się za linię razem z piłką i przymierzyła się do zagrywki. Uderzyła w piłkę, a wyglądało to jakby w ten jeden ruch włożyła całe serce. Widziałam, że było to bardzo silne uderzenie.
- Oby nie na out- pisnęłam zaciskając kciuki.
Piłka spadła...no właśnie, gdzie ona spadła? Sędziowie też nie mieli pewności. Zaczęli się naradzać, lekko sprzeczać.
- Musimy sprawdzić na naszej kamerze gdzie wylądowała piłka - rzekł głowny sędzia i opuścił stanowisko.
Dziewczynki nieco zdziwione stały na boisku nie wiedząc co robić. Po chwili jednak mężczyzna wrócił. Stanął na swoim miejscu, po czym wskazał na moje siatkarki.
- Punkt dla gdańszczanek. Koniec meczu - powiedział.
- Wygrałyśmy! - krzyknęła Agnieszka.
Nie mogłam w to uwierzyć. Już miałam podbiec do dziewczyn kiedy przypomniało mi się o sopociankach. Spojrzałam na nie kątem oka. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie były złe czy smutne. Przeciwnie - przedostały się na drugą stronę siatki i zaczęły nam gratulować śmiejąc się przy tym, jakby zwycięstwo należało do nich.
- Jesteśmy sąsiadami, więc musimy się wzajemnie wspierać - stwierdziła jedna z sopocianek.
Przyznałam jej rację.
- To był najwspanialszy mecz w moim życiu - wyznała mi później Wiktoria.
- Czeka cię jeszcze milion lepszych. Ale cieszę się, ze ci się podobało - odparłam.
Zakończyliśmy ten dzień pełen wrażeń rurkami z bitą śmietaną, na które zaprosił nas Leszek. Podczas gdy zajadaliśmy się przysmakami stało się coś, czego nikt nie przewidział. Dawidowi (który jeszcze wtedy był Mariuszem) przykleiła się rurka do wąsów. Po kilku próbach udało mu się ją oderwać, ale niestety wąsiska też. Leszek na początku przyglądał się Dawidowi, a po chwili rzekł:
- Od początku wiedziałem!
________________________
Wreszcie zmobilizowałam się by coś napisać. Wesołych Świąt, oto dwa rozdziały ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz